Stany Zjednoczone lat 60. i 70. w obiektywie Matta Henry’ego

"Nie chcę lukrować rzeczywistości" – mówi Matt Henry, brytyjski fotograf, który głównym tematem swych prac uczynił historię Stanów Zjednoczonych.
.get_the_title().

Choć Matt Henry jest Brytyjczykiem i mieszka w Londynie, głównym tematem swych fotografii uczynił Stany Zjednoczone.

Utrzymane w intensywnych kolorach zdjęcia nawiązują do lat 60. i 70. w Ameryce, swobodnie przeplatając znane popkulturowe topy.

Henry, który z wykształcenia jest nie tylko fotografem, ale także politologiem, świadom jest historii, a także całego kontrkulturowego i społecznego bagażu tamtych czasów. Nie boi się jednak tworzenia własnych narracji, które bazują na faktach, niekiedy stając się fantazją na temat alternatywnej wersji historii. Publikujemy rozmowę z fotografem, w której opowiada o swej pracy, projektach i o jego relacji ze Stanami Zjednoczonymi.

Aleksandra Dudek, Paulina Kwietniewska: Swoimi fotografiami wyrównujesz rachunki z rzeczywistością. Czarny charakter często ponosi klęskę – tak jak w serii „Murder a GoGo”.

Matt Henry: Nie zawsze. Czasem zło wygrywa. Czy nie tak jest w prawdziwym życiu? Moje fotografie nie uciekają od okrucieństw, które miały miejsce w historii i nie pokazują, że to wszystko się skończyło. Przeciwnie, finały tych historii są różne. W „Murder a GoGo” grupa tancerek morduje wysokich rangą przedstawicieli korporacji Monsanto. Czy Monsanto istniało już w latach 60.? Oczywiście, i było głównym dystrybutorem Agent Orange (wysokotoksycznego preparatu stosowanego na masową skalę podczas wojny w Wietnamie – przyp. red.). Do tej pory w Wietnamie współczynnik urodzeń z mutacjami fizycznymi jest wysoki, choruje także wielu amerykańskich weteranów. To wszystko ci sami ludzie, którzy nadal odpowiadają za produkcję żywności – a więc problem nie zniknął.

W tym przypadku całość ma wydźwięk czarnej komedii, jednak nie każdy projekt tak wygląda. Nie chcę lukrować rzeczywistości.

W moich historiach poruszam problemy feministyczne, środowiskowe. Teraz pracuję nad projektem dotyczącym protestów przeciw wojnie w Wietnamie.

Zawsze mierzysz wysoko.

Zawsze. Mój nowy pomysł to połączenie okultyzmu i rock’n’rolla. Historia kręci się wokół psychodelicznej kapeli, wojny w Wietnamie i Pentagonu. Tyle mogę zdradzić… Czytam teraz książkę o korzeniach ruchów satanistycznych i ciemnej stronie ery Wodnika. To bardzo ciekawe podsumowanie kontrkultury lat 60. od flower-power do mistycznego faszyzmu. Nurty te opętały prekursorów kultury: od Beatlesów i Rolling Stonesów, aż po takich drani jak Charles Manson i członków Kościoła Procesu Sądu Ostatecznego. To będzie mieszanka z ESP, CIA, LSD.

Paulina uczestniczyła w jednej z twoich sesji i opowiadała, że są bardzo dobrze przygotowane…

Dobrze przygotowane?! To chyba był przypadek! Często mam jakieś pomysły, które w ogóle nie wchodzą w życie. Daję też sporą swobodę aktorom, mają się opierać na moim opisie postaci, ale nie ma tam przymiotników czy uczuć. Nie mówię: „zagraj smutek”, wolę powiedzieć: „twój kot właśnie zmarł”. Wtedy w swoje role wpadają naturalnie.

Dbasz o to, by zgadzał się kontekst i detale. Bazując na historii, tworzysz skorygowane zakończenie wymyślonych wydarzeń, które równie dobrze mogłyby być oparte na faktach.

Tak naprawdę nie wierzę w koncepcję czasu, tylko w teorię światów równoległych. Mam wrażenie, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość istnieją jednocześnie i w każdym z tych światów wszystko jest możliwe.

Rzeczywistość w moich projektach jest być może jednym z równoległych scenariuszy.

Czy nie przeszkadza ci, że twoje historie mogą być odczytywane na różne sposoby?

Nie, w zasadzie to jest kluczowe. Przedstawienie historii w sposób dosłowny to nic innego jak niedocenianie inteligencji odbiorcy. Dobrym przykładem jest tu David Lynch. Dla mnie piękno jego pracy twórczej polega na tym, że otwiera przed nami drzwi, ale reszta jest w naszych rękach. Lubię, kiedy filmy są literackie i oddziałują na wyobraźnię. Właściwie podoba mi się to, że kiedy moje zdjęcia są publikowane, magazyny często nie mogą pokazać całej serii i umieszczają je w dowolnym porządku, kreując odrębną historię. Do internetu często trafia po kilka zdjęć wraz z moim opisem. Kontroluję proces wykonywania i prezentacji zdjęć, ale na odbiór nie mogę mieć wpływu. Ile ludzi, tyle interpretacji – weźmy na przykład scenę linczowania. Rasista by się zachwycił.

Ciekawy jest nie tylko sposób przedstawienia całości historii, ale także kompozycja każdej fotografii z osobna. Wiele z nich jest zawieszonych tuż przed punktem kulminacyjnym.

W sztukach wizualnych pracując z pojedynczą klatką, jesteśmy bardzo ograniczeni. Nie możemy ukazać tak dużo jak w filmie. Douglas Wolk nazwał to “momentem przedporodowym” (pregnant moment). Gdybym zamiast tego momentu pokazał scenę finału, zdjęcie straciłoby moc. To się nie kalkuluje.

Jedyny sposób, żeby wywołać reakcję pełną emocji to w porę zejść ze sceny. Czy bardziej przerażający jest potwór, czy myśl o potworze?

Czy nie kusi cię, żeby fotografie uzupełniać tekstem?

Tak, w mojej najnowszej książce, która zderza się z problemem rasizmu, dodałem trochę tekstu, aby historie były bardziej kompletne. Mam stałe grono odbiorców. Teraz będą musieli czytać moje wypociny.

Jak stary film, w którym tekst i ujęcia pojawiają się na przemian.

Dokładnie! [śmiech] Tyle tylko, że u mnie tekst będzie poprzedzał zdjęcia. Słowa mogą sugerować interpretację, ale jej nie narzucają. Wszystko zależy od widza i tego, co chce zobaczyć. Jeżeli jesteś wierzący, na wszystko będziesz patrzeć przez pryzmat wiary.

Wiele postów, które publikujesz na Facebooku, dotyczy środowiska, polityki i dyskryminacji. Te tematy przewijają się również w twoich projektach, często z motywem zemsty.

Mam zdecydowane poglądy polityczne i sporą świadomość problematyki ekologicznej. Te przekonania są widoczne w mojej pracy.

Dobrym przykładem jest mój projekt „The Trip”. Mamy tu zderzenie lewicy z prawicą. Miksujemy więc różne poglądy polityczne, dodajemy do tego narkotyki i powstają lata 60. Być może naiwne jest przekonanie, że LSD może zmienić świat, jednak ludzie w to wierzyli i nie było to bezpodstawne. Badania potwierdzają, że psychodeliki mogą być remedium na nietolerancję. „The Trip” to coś w rodzaju takiego eksperymentu. Do hotelu przyjeżdża para konserwatystów. Zastają tam hippisów, wspólnie biorą LSD i żyją długo i szczęśliwie. Czy idealizuję? Może. Bo oczywiście to nigdy nie miało miejsca, ale jednak wzbudza nostalgię. Mówiąc o motywie dobra i zła, spójrzmy znów na filmy Davida Lyncha. U niego ta wizja jest dość przejrzysta. Po jednej stronie ukazuje ideały tradycji i rodziny, zaś po drugiej… coś niepokojącego, ciemnego. Zauważcie, że nie staje po żadnej ze stron. Jest w stanie dojrzeć piękno w każdej z nich. Zastanawia mnie też to, co powiedział o manipulacji publicznością. Moment, w którym tego spróbujesz, to koniec. Koniec filmu. Koniec historii. To, co się robi, trzeba robić w zgodzie ze swoją moralnością. Czasem ciężko stwierdzić, gdzie leżą ramy tej moralności, bo w tym wszystkim pośrodku jest człowiek. Moje poglądy są mocno lewicowe, ale zdarza mi się wyrzucić plastik do złego pojemnika, bo jestem pieprzonym leniem.

Jesteś zafascynowany kulturą amerykańską, jednak dalej mieszkasz w Anglii.

Kiedy wracam do Stanów, czuję taki specyficzny rodzaj ciepła w środku. To dla mnie drugi dom. Jest mimo to sporo rzeczy, które potencjalnie byłyby tam dla mnie problemem. Mam na myśli opiekę zdrowotną, gonitwę za pieniędzmi, godziny pracy.

Myślę też, że Ameryka jest dla mnie ciekawa, bo jednak jest między nami ocean, jest inna, daleka, nie moja.

Patrzę na nią świeżymi oczami, jednak gdybym oglądał ją na co dzień, urok prawdopodobnie by prysł. Dystans pozwala dostrzegać piękno, ignorując wewnętrzny chaos. To bardzo wygodne.

Niedawno w Artforum ukazał się artykuł, o nowo powstałym Mississippi Civil Rights Museum. Podobno wywołuje to bardzo mocne reakcje w lokalnych społecznościach. Ludzie szukają tam zdjęć swoich przodków, opowiadają sobie historie.

Na południu dalej jest pewne tabu. Wiele podręczników pomija temat niewolnictwa czy wojny domowej. Kiedyś do projektu szukałem dawnej plantacji, która w przeszłości wykorzystywała czarnych niewolników. Dzwoniąc tam, powiedziałem, że chciałbym sfotografować ich kwatery. „Ma pan na myśli kwatery służby?” – zostałem poprawiony. Pamiętam, że mnie wtedy zatkało. To jest po prostu z gruntu złe. Przecież była biała służba, ale jednak nie było białych niewolników. A czarna „służba” była własnością białego pana, z punktu widzenia prawa czarnoskóry nie był człowiekiem. Nawet na stronie tej plantacji jedyne, o czym wspomina się w jej historii, to właściciel, nie ma nic o pracownikach. Słowo „niewola” tym bardziej nie pada. Wygląda na to, że południe Stanów nadal woli wypierać historię zamiast się z nią zderzyć.

Jak w takim razie twoja sztuka jest odbierana w Stanach?

Ciężko mówić o Stanach jako pojedynczym podmiocie, to ogromny teren o dużym zróżnicowaniu. Myślę jednak, że moje prace są dla nich interesujące choćby dlatego, że mówią o ich przeszłości. Z perspektywy tak młodego kraju pięćdziesiąt lat wstecz to sporo. Poza tym Amerykanie mają jednak głównie styczność z ich własną kulturą.

A jak Twoi aktorzy reagują na te bardziej kontrowersyjne polecenia? Na południu Ameryki zrobiłeś projekt „The Curse of Nanny Goat”. Na jednym ze zdjęć widać członków Ku Klux Klanu.

Bywa trudno, nie zaprzeczam. O rasizmie po prostu na południu się nie mówi. Tam, gdzie projekt miał miejsce, integracja rasowa pozostaje na razie w strefie marzeń. Scena linczowania nie jest więc najłatwiejsza do odegrania. Większość aktorów jest dość liberalna, w dodatku pomagał fakt, że jestem Anglikiem, a nie Amerykaninem.

Temat segregacji nie jest tak odległy, w latach 60. czarni i biali nie jadali w tych samych restauracjach, nie wsiadali do tych samych autobusów. To było naprawdę niedawno.

Oczywiście atmosfera w Nowym Jorku czy Los Angeles jest zupełnie inna, jednak na południu przebieranie aktorów za Ku Klux Klan rozgrzebuje rany.

Autorki: Aleksandra Dudek, Paulina Kwietniewska

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook