„Bareja wiecznie żywy”, nawet 31 lat po śmierci. Może dajmy mu już spokój?

Mija 31 lat od śmierci jednego z najwybitniejszych, a na pewno najbardziej popularnego polskiego reżysera. Jego “Miś” uzyskał status legendy i całkiem słusznie, bo jego rzekoma opozycyjność względem PRL-u jest właśnie legendą. W rzeczywistości kultowy film Barei był elementem brudnej gry politycznej na szczytach socjalistycznej władzy i nie da się zrozumieć najnowszej historii Polski bez przyjęcia tego do świadomości.
.get_the_title().

“Jak w TV leci Miś, nikt nie wyłączy” – rapował kiedyś Ten Typ Mes. Choć płyta, na której ten wers się pojawił, nosi miano “Zamachu na przeciętność”, to wydaje się, że akurat ten pogląd jest bardzo powszechny. Największe dzieło Stanisława Barei nad Wisłą znają wszyscy, nawet jeśli nie w całości, to z licznych cytatów, które przeniknęły na stałe do naszej kultury – i to w każdym z jej przejawów. Jeden z komentujących na Filmwebie użytkowników pokusił się nawet o stwierdzenie, że kwestie wypowiadane przez misiowych bohaterów “funkcjonują w polszczyźnie na równi z literaturą romantyczną i Biblią”. Jest w tym zdaniu tyleż przesady, co racji. Nie ulega wątpliwości, że Polacy przygarnęli “Misia” i oddali mu należne miejsce w panteonie symboli narodowych. Problematycznie jest jednak to, jaka przypadła mu rola.

Bohater w krainie głupich cenzorów

Pozornie to pytanie wygląda na szukanie dziury w całym. Przecież to oczywiste, że “Miś” jest gorzką konstatacja PRL-owskich absurdów. W dzisiejszych czasach stanowi zaś symbol niedorzeczności i niejednokrotnie przywołuje się go, gdy chce się podkreślić wady rzeczywistości czy przywary różnych ludzi. Podejście do “Misia” można mieć jednak różne. Widać to po komentarzach we wspomnianym serwisie. Dla jednego “to jeden z trzech filmów, obok ‘Głupi i Głupszy’ i ‘Freddy got fingered’, które za każdym razem tak samo śmieszą”, ktoś skupia się na jego unikatowości, twierdząc, że “nie ma żadnego innego, w którym każda postać byłaby krętaczem, oszustem, złodziejem, głupią dziwką, a w najlepszym wypadku wazeliniarzem”, ktoś inny docenia nawiązania do klasyków kina w finałowej scenie z Misiem podczepionym pod helikopter, która ma być “aluzją do ‘Dolce vita’ Felliniego, która zaczyna się takąż sceną – figura Chrystusa lecąca pod helikopterem nad Rzymem”. Nie brakuje więc osób, które oglądając “Misia”, nie przykładają socjologicznej miarki i skupiają się przede wszystkim na jego walorach artystycznych. Ale i ludzie świadomi uwikłania obrazu Barei w polityczną debatę zwykli myśleć o “Misiu” w ściśle określony sposób, wynikający z tego, co o “Misiu” wiedzieliśmy od początku i co o nim się mówiło przez ponad trzy dekady. W efekcie mają do niego pomnikowe podejście, wedle utartych schematów.

Żeby zrozumieć, co tak naprawdę oznacza dziś dla nas hasło “to jest Miś na miarę naszych możliwości”, należy spojrzeć na nie z dystansu. Dokładnie 37-letniego, bo tyle lat minęło od premiery tego filmu.

Mało jest filmów, do których tak bardzo pasuje epitet “legendarny”. Nie tylko z uwagi na jego kulturową moc, ale i legendę, która mu towarzyszy. Panuje powszechne przekonanie, że reżyser musiał się wykazać sprytem przy przepychaniu przez cenzorską kontrolę swojej satyry na socjalizm. Rzeczywiście, Bareja na wniosek tego organu musiał wyciąć 400 metrów taśmy, nie ma w tym jednak nic osobliwego – także w naszych czasach zdarza się, że podmiot finansujący dzieło, ingeruje w nie na każdym z etapów produkcji. Nie wiadomo, czy to przez bardzo niskie mniemanie o zdolnościach przedstawicieli władzy ludowej, czy przez zwykłe niedopatrzenie, niemal cały naród uwierzył w nieudolność cenzorów, rzekomo wystrychniętych przez Bareję na dudka. Nawet jeśli rzeczywiście ostatnią instancję cechowałaby taka niekompetencja, że nie zauważyła totalnego zbrukania wszystkich świętości reżimu oraz panujących w nich zasad i obyczajów, to były przecież i inne, które ten projekt nadzorowały, prowadziły i – co najważniejsze – finansowały. Nie sposób też wykluczyć, że nie doceniamy mocy propagandy władzy ludowej i było wręcz odwrotnie – siła jej oddziaływania była tak potężna, że udało się nas zbyć dość wątpliwą opowiastką o mitycznie głupich cenzorach. A prawdziwy obraz “Misia” działał na nas z ukrycia od 1981 roku.

Kino i wojsko

W kraju narastały niepokoje społeczne, resorty siłowe prężyły muskuły i właśnie w takim momencie do wszystkich kin trafił największy w historii, bezwzględny i ordynarny paszkwil na PRL. Reżim, który by na to pozwolił musiałby być zupełnie niepoważny, żywcem wyciągnięty z filmów Barei. Problem w tym, że kilka miesięcy po premierze żarty się skończyły, na ulicę polskich miast wyjechały czołgi.

Próby zrobienia z twórcy takich filmów jak “Żona dla Australijczyka” czy “Poszukiwany, poszukiwana” naczelnego krytyka peerelowskiej rzeczywistości, nijak się mają do drogi artystycznej reżysera, który nieraz okazywał spolegliwość wobec władzy, a większość kariery spędził na kręceniu łatwych i przyjemnych komedii. Gdyby nawet Bareja nagle zapragnął pokazać władzy, co myśli o urządzonym przez nią świecie i udało mu się przechytrzyć propagandowych aparatczyków na wszystkich szczeblach, to po tak dotkliwym ciosie dla komuny nie dostałby finansowania na kolejne projekty. A przecież przed przedwczesną śmiercią udało mu się nakręcić dwa seriale telewizyjne, w których jeszcze mocniej pracował nad wprowadzeniem do języka polskiego pojęcia “bareizmu”.

Z czego śmiał się Bareja i czy aby na pewno z PRL-u jako takiego?

“Miś” jest wprawdzie krytyką systemu socjalistycznego, ale głównie jego megalomańskich, zarazem jednak zaściankowych zapędów, w oczywisty sposób przywołujących na myśl epokę Gierka wraz z używaną w jego czasach narracją.

Nie bez przyczyny – wszak powstawał w momencie przejęcia władzy przez nową, związaną ze służbami ekipę, która zmieniła cele i paradygmaty zarządzania państwem i miała interes w tym, by w szybkim tempie zacząć wprowadzać je w życie, także z wykorzystaniem inżynierii społecznej. Śmiech przez łzy – czy może raczej zażenowanie – jest do tego świetnym narzędziem.

PRL PRL-owi nierówny

W świadomości sporej części Polaków PRL był jednorodną epoką, tymczasem jego kolejne odsłony znacznie się różniły. Przełom lat 70. i 80. przyniósł zmianę, pod wieloma względami większą niż ta, która nastąpiła po 1989 roku. Na początku ostatniej dekady Polski Ludowej władzę przejęła wojskowa junta, która zupełnie zmieniła paradygmaty obowiązujące w państwowej polityce. Można Gierkowi wiele zarzucać, ale trzeba przyznać, że kraj pod jego rządami nieprawdopodobnie się rozwinął. Zaciągnięte przez niego mityczne długi dawno już zostały spłacone – w przeciwieństwie do tych zaciąganych przez obecny i poprzednie rządy. Rozwój ten został zahamowany wraz z przejęciem władzy przez wojskową juntę odpowiedzialną za wszystkie represje lat 80. i wprowadzenie stanu wojennego.

Ci sami ludzie nie tylko pozwolili nam śmiać się z “Misia”, ale wręcz nas do tego zachęcali, roztaczając wokół niego aurę turboopozycyjnego dzieła. W rzeczywistości o żadnej opozycyjności nie było w tym przypadku mowy, a film Barei do dziś stanowi przykład propagandowego majstersztyku.

Wiara w antykomunistycznego Bareję związana jest z tym, że jeśli chodzi o najnowszą historię Polski, to Polacy są niestety ignorantami. Do tego żadna ze stron politycznego sporu nie zamierza nas w tym temacie oświecać. Lata 80. obrosły w mit, który dla niejednego środowiska stał się założycielski. “Miś” jest jego ważnym składnikiem. Któż go nie zna? Mit mógłby się rozpaść, gdyśmy przedstawili „Misia” jako to, czym jest w istocie – paszkwil na Polskę gierkowską, zamówiony przez wojskową juntę. Trzeba by było tłumaczyć ludziom, że spór, który się wówczas toczył, nie był dwustronny – że sami socjaliści mieli diametralnie różne wizje funkcjonowania państwa. Nowa wówczas władza oparta na resortach siłowych miała interes w tym, by obśmiać ambitne, mocarstwowe plany snute przez poprzednią dekadę.

źródło: culture.pl

Ojciec chrzestny pedagogiki wstydu

Żart eksploatowany w “Misiu” na wszystkie możliwe sposoby polegał na tym, że życie w Polsce Ludowej miało być poukładane, a okazywało się przaśne. Przyczyną takiego stanu rzeczy były socjalistyczne procedury – ale nie one same. Prawdziwym przedmiotem żartów okazywali się tutaj ludzie, a dokładniej Polacy próbujący się odnaleźć w obcym, odzierającym z godności ustroju. Może i Bareja był antykomunistyczny, ale był też antypolski. Jeśli któregoś z twórców moglibyśmy obarczyć winą za panujące w kraju przekonanie, że sami niczego nie potrafimy i jesteśmy generalnie do niczego, to właśnie Bareję.

Oczywiście mistrz Stanisław nie wziął sobie tego wszystkiego z sufitu. Peerelowska rzeczywistość zapewniała świeże dostawy LOLcontentu, a i Polacy są bez wątpienia specyficznym narodem, który aż prosi się, by ktoś go niejednokrotnie obśmiał.

Problem polega na tym, że młodzież uważa “Misia” za film dokumentalny o PRL-u i żyjących w nim ludziach, którzy później, w konsekwencji rozdmuchiwania tego poglądu, stali się Januszami i Grażynami.

Bez wątpienia, w naszym społeczeństwie nie brakuje ani jednych, ani drugich, ale nie występują oni tak powszechnie, jak to wynika z misiowego “dokumentu”. Za “ucywilizowanie” reszty narodu nie odpowiada zaś światło z Zachodu, o które żeśmy tak żarliwie prosili w latach 80., ale swobodny dostęp do informacji i podwyższenie statusu życia. A właśnie takie wrażenie maja miliony Polaków wychowanych na “Misiu”, który nie pozostawił nam żadnej alternatywy prócz wyboru pomiędzy Ryszardem Ochódzkim a Ronaldem McDonaldem.

Wystarczy spojrzeć na to, jak paskudny film wybrali na swój ulubiony, by zrozumieć, że Polakom nie brakuje dystansu do siebie. Brakuje za to dystansu do historii – takiego, który pozwoliłby dostrzec, że ta głupia władza, nie mogąca zrozumieć, że Bareja ją wyśmiewa, kilka miesięcy po jego filmie wyprowadziła czołgi na ulicę. Bez połączenia tych faktów trudno jest zrozumieć dzisiejszą Polskę.

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook