Jak się mieszka na Sri Lance? Subiektywna relacja z życia w tropikalnym ‘raju’

Już od ponad roku mieszkam na Sri Lance – na wyspie wielkości 1/5 terytorium Polski, na której egzotyczne są nie tylko krajobrazy, ale i wszystkie aspekty codziennego życia.
.get_the_title().

Wychodzę z pokoju, który wynajmuję w nadbudówce znajdującej się przy domu lokalnej rodziny, i spoglądam na swoją dzielnicę. Rajskie krajobrazy – wysokie palmy delikatnie kołyszące się na wietrze, bujna zieleń mieniąca się w promieniach słońca, wąski pas oceanu migocący w oddali – silnie kontrastują z szarą rzeczywistością. Chaotyczna zabudowa mieszkalna, na którą składają się różnej wielkości domki o odrapanych fasadach, owiana jest chmurą dymu.

Śmierdzi. No tak, to dzień palenia śmieci.

Smród palonego plastiku łączy się z przyjemną wonią zajętych ogniem skorup kokosa, które na wyspie powszechnie wykorzystuje się jako podpałkę. Tak zaczyna się mój kolejny dzień w tropikach – na Sri Lance, wyspie kontrastów.

Zdjęcie: Daily News

Cejlon

Sri Lanka, dawniej zwana Cejlonem, określana jest jako ‘łza Indii’, co nawiązuje do kształtu wyspy i jej lokalizacji na mapie, tuż pod Indiami. Ma powierzchnię nieco ponad 65 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli jest wielkości 1/5 Polski. Wyspę zamieszkuje jednak nieproporcjonalnie dużo ludzi, bo aż 22 miliony. Ich obecność odczuwam na każdym kroku, od momentu wyjścia z budynku międzynarodowego lotniska w Kolombo w październiku 2016, kiedy po raz pierwszy przyleciałam tu w ramach podróży dookoła Azji.

Zdjęcie: themalaysianinsight.com

Sri Lankę z każdej strony otaczają ciepłe wody Oceanu Indyjskiego. Na północy, na niemal 50 kilometrowym odcinku dzielącym ją od Indii, znajduje się Most Adama – według tradycji jest to pozostałość grobli usypanej przez hinduistycznego herosa Ramę, dzięki której mógł on przedostać się na wyspę, aby uratować uprowadzoną przez wrogów żonę Sitę. Mielizny i rafy, których głębokość nie przekracza 1 metra, do dziś widoczne są na zdjęciach satelitarnych – teoretycznie ze Sri Lanki do Indii można się dostać na pieszo.

Zdjęcie: Google Earth

Sri Lanka jeszcze do niedawna, tj. do 2009 roku, ogarnięta była wojną domową. Nieco wcześniej, w 2004, w wyspę uderzyło potężne tsunami. To właśnie głównie za sprawą tych traumatycznych wydarzeń wyspa przez wiele lat pozostawała poza utartym turystycznym szlakiem w Południowej i Południowo-Wschodniej Azji. Jednak niemal dekada relatywnego spokoju, podczas której rząd wpompował potężne pieniądze w infrastrukturę i sektor turystyczny, oraz na nowo odkrywane naturalne piękno Sri Lanki szybko tę sytuację zmieniły – dawny Cejlon okrzyknięto jedną z najmodniejszych wakacyjnych destynacji w ostatnich latach. Nawiedzające wyspę tłumy turystów zmieniają nie tyle sam jej charakter, ale i zamieszkujących ją ludzi – i to nie zawsze na lepsze.

Zdjęcie: Alicja Olko

Ludzie

Jadę rowerem do najbliższego miasteczka, poruszając się po poboczu drogi. Mój pojazd lata swojej świetności ma już dawno za sobą – zardzewiały łańcuch skrzypi, gdy podjeżdżam pod górkę. Hałas zwraca uwagę Lankijczyków, których życie koncentruje się wzdłuż głównych dróg łączących poszczególne wioski i miasta. Przystają, żeby popatrzeć, machają, wołają, pokazują na mnie palcami. Dziewczyna z zagranicy, która sama przemieszcza się rowerem po jednej z głównych dróg na wybrzeżu, to ciekawe zjawisko. Gdy jest ubrana w szorty i koszulkę, bo temperatura sięga niemal 35 stopni, i do tego transportuje różową deskę surfingową na specjalnie ku temu przeznaczonych hakach, dorasta do rangi sensacji.

Lankijczycy nie kryją się z lustrującymi, zaciekawionymi spojrzeniami. Potrafią długo i intensywnie wpatrywać się w obcokrajowców, sprawiając, że ci zaczynają czuć się jak przybysze z innej planety. Taksowanie wzrokiem niejednego może wprawić w zakłopotanie – ja jednak nie mam już z tym problemu. Odkryłam, że na Sri Lance najlepszą odpowiedzią na nieustanne gapienie się jest uśmiech. Lankijczycy reagują na niego rozradowanym wyrazem twarzy, intensywnym machaniem i okrzykiem ‘Hello Madame!’.

Na ulicy, w sklepie czy lokalnej jadłodajni witam się z każdym – nie ma znaczenia, czy się znamy, czy też nie.

Po kilkunastominutowej przejażdżce do miasta bolą mnie nie nogi, ale mięśnie twarzy i zaczynam tracić kontrolę nad rowerem, starając się odmachać każdej witającej mnie osobie. Wracając w odwiedziny do Polski, nawykowo mówię wszystkim mijającym mnie ludziom ‘hej’ – w odpowiedzi otrzymuję jednak jedynie zaskoczone, i to nie zawsze pozytywnie, spojrzenia lub totalną obojętność.

Zdjęcie: Alicja Olko

Lankijczycy lubią przyjezdnych – lubią otaczać się osobami z zagranicy, co widać zwłaszcza na Facebooku. Okazuje się, że selfie z turystą, szczególnie płci żeńskiej, jest na Sri Lance cool. Liczba zaproszeń do grona znajomych od lokalsów – w głownie od tych, których nigdy w życiu nie poznałam – jest zatrważająca.

Trudno tutaj o znajomą czy przyjaciółkę – lokalne dziewczyny i kobiety są niemal niezauważalne.

Większość z nich spędza czas zajmując się domem i dziećmi, pozostając w obrębie swoich gospodarstw. Do miasta po zakupy udają się jedynie w towarzystwie mężczyzn. Dziewczynki w wieku szkolnym są eskortowane do autobusu przez mamy czy babcie i po szkole odbierane przez nie z przystanku. Rola kobiety oraz relacje damsko-męskie wyraźnie pokazują, że normy społeczne na Sri Lance są niezwykle mocno zakorzenione w tradycji. Konserwatywna obyczajowość Lankijczyków ma niestety negatywny wpływ na stosunek do turystek – przypadki molestowania, o różnym stopniu nasilenia, są częste i fatalnie wpływają na ogólny wizerunek Sri Lanki.

Po kilkunastu miesiącach rezydowania na wyspie mam nieustające uczucie, że do kogoś należę – czy to do rodziny, która wynajmuje mi pokój, do konkretnego kierowcy tuk-tuka (kolorowa riksza, odpowiednik naszej taksówki), sprzedawcy kokosów na poboczu drogi czy lokalnego dostawcy bananów. Lankijczycy są narodem dość zaborczym, zwłaszcza w odniesieniu do turystów. Jeżeli raz skorzystało się z ich usług, oczekują, że klient będzie każdorazowo właśnie do nich powracał. Z niezadowoleniem i żalem przyjmują fakt, że także na Sri Lance, jak i w innych miejscach na świecie, wymianą usług i towarów rządzą prawa rynku i lojalność nie zawsze przeważa korzystniejszą cenę. Przeprowadzka do innego domu, wynajęcie skutera od innej osoby, zakupy na straganie u konkurencji – wszystkie te z pozoru normalne decyzje podejmowane na co dzień przez przyjezdnych mogą doprowadzić do poważnych problemów. Groźby ze strony niezadowolonych tubylców na szczęście rzadko przekładają się na realne akty agresji. Patrząc na uśmiechnięte i przyjazne twarze Lankijczyków trudno jest uwierzyć, że mogliby oni stanowić jakiekolwiek zagrożenie. A jednak – relatywnie świeże zjawisko, jakim jest masowy napływ przyjezdnych z zagranicy, z wysoką liczbą osób pozostających na Sri Lance długoterminowo (przedłużanie turystycznej wizy to proces prosty, zajmujący mało czasu i niedrogi), stwarza problemy, z którymi turyści przyjeżdzający na krótkie wakacje nie mają styczności.

Codzienne życie

Sri Lanka to raj dla tych, którzy uwielbiają się targować. Negocjować można ceny wszystkiego – od opłaty za wynajem domu czy mieszkania, transport publicznym autobusem, aż po kilogram bananów na rynku. Zagraniczni przyjezdni, bez względu na to, jak długo rezydują na wyspie, muszą liczyć się z ‘podatkiem od białej skóry’. Znam większość lokalnych cen za produkty i usługi, jednak wciąż mam świadomość tego, że będę musiała zapłacić dużo więcej. Targowanie się jest jednak jak sport – odpowiednio długo ćwiczone przeradza się w pełni zautomatyzowaną reakcję. Świeży kokos za 70 rupii? Nie ma takiej opcji, dam 40. Prawidłowa cena to 50, spotykamy się zatem mniej więcej po środku. Raz ustalona kwota nie ulega zmianie – pod warunkiem, że za każdym razem przychodzi się do tego samego sprzedawcy.

Zdjęcie: Alicja Olko

Życie jest tanie, ale trzeba zapomnieć o zagranicznych wygodach i standardach, produktach spożywczych, do których jesteśmy przyzwyczajeni (pożegnajcie się z dobrym serem czy wysokiej jakości mięsem!) i pysznej kawie. Pokój w tzn. homestay, czyli zakwaterowaniu stworzonym przy domu lokalnej rodziny, kosztuje miesięcznie około 600 złotych. Prosto urządzony, z własną łazienką i wiatrakiem młócącym gorące, lepkie od wilgoci powietrze pod sufitem, daleki jest od naszych polskich standardów. Spędzam w nim jednak jedynie noce – w dzień, nie dość że jest za gorąco, aby siedzieć w środku, jest też zbyt pięknie. Lokalne jedzenie – głównie ryż z różnymi warzywami w sosie curry – kosztuje około 4 złotych za porcję. Zagraniczni muszą liczyć się z tym, że w większości jadłodajni będzie trzeba zapłacić podwójnie. Sycące danie popija się mocną słodzoną herbatą (z której Cejlon słynie!) albo wodą z kokosa. Ta ostatnia, pełna zdrowych elektrolitów, kosztuje nieco ponad złotówkę. Dobra kawa – latte, americano, espresso czy cappuccino – dostępna są jedynie w turystycznych kawiarniach, a co za tym idzie, w turystycznej cenie około 10 złotych. Lokalna kawa, która smakuje jak ugotowana gleba, to dla porównania wydatek niespełna 2 złotych.

Zdjęcie: imgrum.org

Ze smutkiem stwierdzam, że alkohol jest drogi i trudno dostępny. Można go kupić tylko w specjalnie wyznaczonych sklepach monopolowych, znajdujących się za żelaznymi kratami. Lankijczycy piją zazwyczaj arak – lokalnie produkowany rum z kokosa, o mocy około 33 promili. Litrowa butelka tego trunku, który nieprzyzwyczajonym przyjezdnym daje następnego dnia morderczego kaca, kosztuje około 40 złotych. Lokalne piwo Lion, określane przez koneserów jako ‘złote popłuczyny’, kosztuje niecałe 4 złote za półlitrową puszkę. Wygórowane ceny wynikają z wysokiej akcyzy, którą rząd obłożył produkty alkoholowe. To samo tyczy się wyrobów tytoniowych – w sklepach dostępne są tylko dwie marki papierosów: lokalne Golden Leaf, w których, poza substancjami smolistymi często można też znaleźć kawałki plastiku, oraz zagraniczne Dunhill. Te pierwsze kosztują około 26 złotych za paczkę, a te drugie nieco ponad 30. Na Sri Lance mało kto pali i niewielu pije, co, w połączeniu ze zdrową dietą, skutkuje oczekiwaną długością życia równą państwom w Europie – średnio 74 lata!

Praca

Nie mogę powiedzieć, żeby Lankijczycy należeli do najbardziej pracowitych narodów świata. Wręcz przeciwnie – koncept sjesty nabiera tutaj zupełnie nowego znaczenia. Kiedy jest gorąco, ludzie albo poruszają się powolnie, wykonując wszystkie czynności z opóźnioną reakcją, albo nie robią nic, chowając się w zacisznych, nieco chłodniejszych wnętrzach swoich domów.

A gorąco jest w zasadzie od 8 rano do 4 po południu.

Życie toczy się tu wolnym tempem, w sposób, który trudno jest zrozumieć. Nie ma terminów, zamówienie zostanie zrealizowane, kiedy zostanie zrealizowane. Jedzenie zjesz, kiedy podstawione zostanie ci pod nos. Na pytanie: kiedy? pada standardowa odpowiedź: później. Później to bardzo abstrakcyjny, plastyczny koncept, który pozwala na dużą elastyczność. To cecha, którą na Sri Lance warto w sobie wyrobić na równi z cierpliwością.

Zdjęcie: Alicja Olko

Na Sri Lance ciężko o odpowiedzialnych pracowników. Rzadko zatrudnia się na umowę o pracę, większość lokalnych biznesów działa w obrębie rodziny. Oznacza to, że w restauracji najprawdopodobniej obsłuży cię każdy członek wielopokoleniowej familii – od babci gotującej w kuchni, poprzez ciocię czy wujka w roli kelnerów, aż po syna będącego kasjerem. Moi znajomi, którzy prowadzą tutaj działalność, muszą mierzyć się z ogromnym wyzwaniem, jakim jest zatrudnienie odpowiedniego pracownika. Jeżeli udaje się znaleźć kogoś chętnego do pracy poza bezpiecznym i pewnym przedsiębiorstwem rodzinnym, trzeba liczyć się z tym, że osoba ta po kilku dniach nie pojawi się w pracy. Lankijczyk po wypracowaniu kilku dniówek jest wystarczająco usatysfakcjonowany i pewny, że zarobek pozwoli mu przez jakiś czas na spokojne życie. Kiedy pieniądze się skończą, nadejdzie czas powrotu do pracy. Ta, nie dość że wielu wydaje się za ciężka, traktowana też jest jako tymczasowa, ulotna. Jak nie ta, to inna. A jak nie ma żadnej, to zawsze pozostaje duża rodzina, która musi wspierać.

Służba zdrowia

Nigdy więcej – powiedziałam sobie, opuszczając podwoje jednego ze szpitali na Sri Lance. W ciągu 5 tygodni, odkąd uległam wypadkowi surfując, odwiedziłam 3 różne szpitale przy 14 różnych okazjach. Jakość służby zdrowia na wyspie jest odwrotnie proporcjonalna do ilości przychodni, gabinetów lekarskich i szpitali – te znaleźć można niemal na każdym rogu, zlokalizowane w piwnicach, w dobudówkach, w prywatnych mieszkaniach. Z pomocy lekarza skorzystać można jednak jedynie wczesnym rankiem i późnym popołudniem – w ciągu dnia jest za gorąco, aby zajmować się chorymi i zranionymi. Zagraniczni turyści mają oczywiście opcję skorzystania z usług jednego z prywatnych szpitali w większych miastach – jednak i w nich nie ma co liczyć na standard, do którego przyzwyczajeni jesteśmy w Europie. Podejście lekarzy i personelu jednych pokrzepi, a innych wpędzi w depresję. Każda przypadłość, nawet poważna infekcja, traktowana jest tu z pobłażliwością. Pacjent słyszy nieustannie: everything is gonna be ok (wszystko będzie ok), otrzymując przy tym receptę na uniwersalne remedium, jakim są powszechnie stosowane antybiotyki. Masz katar? Weź antybiotyk. W ranę wdała się infekcja? Weź antybiotyk. Boli cię brzuch? Weź antybiotyk. Te są tanie i łatwo dostępne – wystarczy pójść do apteki i poprosić o konkretne tabletki, a farmaceuta wręczy je nie zadając dodatkowych pytań, zazwyczaj nie domagając się nawet recepty.

Natura

Zdjęcie: Alicja Olko

Sri Lanka to kraj zapierających dech w piersiach krajobrazów. Pod tym względem mieszkam w prawdziwym raju. Przyroda jest niezwykle zróżnicowana, co jest niesamowite, biorąc pod uwagę niewielki rozmiar wyspy. Południowe wybrzeże to malownicze widoki niczym z pocztówki – tropikalne, puste plaże, złocisty piasek stykający się z turkusową taflą oceanu, wysoki palmy i zielona, gęsta dżungla. Wschodnie wybrzeże to w kolei krajobraz niczym z afrykańskiej sawanny – niskie, wysuszone krzewy, wielkie formacje skalne i bardziej surowe wybrzeże.

Zdjęcie: Alicja Olko

W środku lądu góry tak imponujące, że przez moment wydaje się, że jest się w Himalajach, a nie na tropikalnej wyspie. Drogi łączące główne miasta Sri Lanki wiją się pomiędzy polami ryżowymi i plantacjami herbaty. Dzikie słonie to częsty widok na poboczach. Wolno biegają też pawie i małpy, a w sąsiedztwie nierzadko spotkać można warana. Wyspę zamieszkują też inne, mniej przyjazne stworzenia, z imponującymi pod względem masy i rozmiaru krokodylami na czele.

Zdjęcie: Alicja Olko

Natura hojnie obdarzyła Sri Lankę – zróżnicowany klimat i żyzna ziemia oznaczają, że urośnie tu niemal wszystko. Od znanych nam truskawek i sałat, poprzez nieco bardziej tropikalne mango czy arbuzy, aż po zupełnie niespotykane w naszej części świata duriany i graviole. Nigdy nie wąchałem bardziej śmierdzącego owocu, niż durian! Zjeść go można tylko z zatkanym nosem, a nawet wtedy zgniły aromat zdaje się przenikać do moich nozdrzy. Lankijska kuchnia opiera się w przeważającej mierze na produktach pochodzenia roślinnego – ryż to podstawa każdego posiłku, a je się go w towarzystwie różnych warzyw, najczęściej w sosie curry. Dania są niezwykle aromatyczne i bogate w smaku, lekkostrawne. Niestety, jak i w innych częściach Azji, do fantastycznej lokalnej kuchni coraz częściej wkrada się niepożądany gość – glutaminian sodu, czyli wzmacniacz smaku. Kuchnia Sri Lanki z całą pewnością go nie potrzebuje.

Zdjęcie: Otara Foundation

Piękno natury na wyspie zakłócają niestety góry śmieci, z którymi Sri Lanka nie może sobie poradzić. Nie ma tu centralnej instytucji zajmującej się gospodarką odpadami – plastik wyrzuca się na pobocze, do rzek i kanałów, skąd następnie przedostają się do oceanu. W większości gospodarstw domowych problem śmieci rozwiązuje się paląc je – kłęby śmierdzącego, niezwykle toksycznego dymu spowijają malownicze miejscowości w mojej okolicy. Lankijczycy nie posiadają wiedzy na temat zagrożenia, jakie stanowi palenie plastiku. Do kwestii tej podchodzą w typowy dla siebie sposób, ignorując długofalowe skutki, a skupiając się na tym, co tu i teraz.

Surfing

Dlaczego ze wszystkich pięknych miejsc, w których mogłabym mieszkać, wybrałam właśnie Sri Lankę? Przyciągnęły mnie tu nie tyle niskie koszty życia, tropikalny klimat, rajskie krajobrazy, ale fale. Surfing to na południu i wschodzie wyspy główna atrakcja, na której opiera się sektor turystyczny Sri Lanki. Ze względu na specyficzne położenie kraju, warunki do surfingu są tu bardzo dobre przez cały rok – od listopada do kwietnia na południu, a od kwietnia do października na wschodzie.

Zdjęcie: Alicja Olko

Surfować można od wschodu słońca do południa, kiedy to mocny wiatr i lejący się z nieba żar uniemożliwiają łapanie fal. Po 16.00 warunki znów się poprawiają, a surferzy, zarówno lokalni, jak i przyjezdni, chwytają za deski i biegną popływać. Na Sri Lance jest niezliczona ilość miejsc na surfing, w oceanie nie ma żarłaczy białych, rafa znajdująca się na dnie nie jest zbyt ostra, a woda ma przyjemną temperaturę 28 stopni. Uważać trzeba na palące słońce (oparzenie słoneczne to jedna z najpowszechniejszych przypadłości wśród nowo przybyłych na wyspę osób), jeżowce o kolcach tak ostrych, że ich ofiary po niefortunnej konfrontacji często lądują na izbie przyjęć, oraz na innych surfujących. Fale nadają się dla surferów na każdym poziomie zaawansowania i w ostatnich latach przyciągają coraz większe tłumy. Sri Lanka powoli zmienia się w kolejne Bali, rajską wyspę, której czar odebrała masowa turystyka. Ile jeszcze będzie można cieszyć się pustą i czystą plażą, jak ta, przy której przez tyle miesięcy mieszkałam?

Zdjęcie: Alicja Olko

Zdecydowałam się wyjechać ze Sri Lanki. Kilkunastomiesięczny pobyt w tropikalnym raju otworzył mi oczy na wiele problemów, z którymi zmaga się kraj tak różny od Polski i Europy. Poznawanie obcej, egzotycznej kultury, odmiennej mentalności i obyczajowości, innego stylu życia miało w moim przypadku sens do pewnego momentu – do momentu, kiedy przestało sprawiać radość, kiedy nie mogłam już więcej znieść degradacji środowiska, mafijnych układów i układzików wśród mieszkańców mojej okolicy, coraz częściej powtarzających się przypadków molestowania, niskiej jakości służby zdrowia i chemicznie ‘ulepszanego’ jedzenia. Wiem jednak, że za jakiś czas zatęsknię za Sri Lanką – za jej niesamowitą naturą, ciepłymi wodami oceanu, egzotycznymi owocami, tanim, bezstresowym życiem, przyjaznymi tubylcami, fantastyczną herbatą. Polecam wybrać się na tę tropikalną wyspę i przekonać na własnej skórze, jak wygląda życie na ‘łzie Indii’.

Tekst i zdjęcia: Alicja Olko

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook