Polska jeszcze nie jest krajem dla kreatywnych ludzi. Widać to także na boisku

Dopiero teraz kluby zrozumiały potencjał drzemiący w wychowywaniu młodzieży, dzięki czemu powstają zalążki systemu, ale liga, pod względem obowiązującego modelu gry, w dalszym ciągu tkwi w bylejakości, w której cały intelektualny potencjał inwestuje się w doskonaleniu technik przeszkadzania w grze przeciwnikowi.
.get_the_title().

Czytając androny, które zalały polską przestrzeń publiczną po odpadnięciu naszych z mundialu, można wysnuć wniosek, że na nic więcej nie zasłużyliśmy. I nie chodzi tutaj wcale o sportowy poziom reprezentantów, ale właśnie bezbrzeżną głupotę tych komentarzy. Oczywiście, winne są reklamy – to one nie pozwoliły skupić się piłkarzom na dobrym przygotowaniu i winni są piłkarze, bo im się nie chciało, przez co wystawili siebie i cały naród na pośmiewisko, a szansa na osiągnięcie życiowego sukcesu przeszła im koło nosa. W ogóle to najlepiej byłoby jakbyśmy wszyscy olali piłkę nożną na rzecz siatkówki, czyli dyscypliny, dla której jedynym możliwym hasztagiem jest #nikogo. Racjonalna polemika z tymi głosami jest raczej bezcelowa, natomiast nie sposób zignorować samego wysypu tych bzdur. W pokrętny sposób, ale jednak – poziom gry i debaty o niej są ze sobą sprzężone. A gdzieś pośrodku ważną rolę odgrywa też jakość całej naszej organizacji społecznej.

W istocie, futbol – jako najbardziej popularna gra na świecie – stanowi w pewnym sensie odzwierciedlenie potencjału danego państwa.

Jedną z największych zalet piłki nożnej jest jej egalitaryzm i fakt, że można w nią zagrać wszędzie i z wszystkimi, przez co rzeczywiście gra się w nią na całym świecie. Wystarczy porównać składy naszpikowanego gwiazdami europejskiej piłki Senegalu i nieobecnej na mundialu Norwegii, żeby zrozumieć, że nierzadko to z biedniejszych i słabiej zorganizowanych krajów pochodzą największe talenty, a ci najbogatsi muszą się zadowolić co najwyżej solidnymi rzemieślnikami. Jednocześnie historia mistrzostw nie pozostawia żadnych złudzeń biednym aspirantom – tytuł najlepszej drużyny globu przypadał wyłącznie krajom o statusie światowej potęgi – i to nie wyłącznie piłkarskiej, ale i ekonomicznej, i kulturowej. Wprawdzie nie wszystkie kraje, które sięgnęły po ten laur są bogate, ba, historie o dorastających w fawelach i grających przez lata na klepiskach gwiazdach reprezentacji Brazylii znane są każdemu fanowi piłki nożnej. Jednak ktoś tego haratającego w gałę na bosaka Ronaldo musiał w pewnym momencie wziąć pod opiekę i wdrożyć w system. Bez tego nawet tak zakochany w piłce naród nie przeskoczyłby bariery ćwierćfinału, który stanowi sufit dla najlepszych w dziejach drużyn afrykańskich, o azjatyckich nie wspominając. Tak, na mistrzostwach świata wygrywają talenty, ale także, a może przede wszystkim systemy – odzwierciedlające poniekąd potencjał państw.

W różnych krajach wyglądają one inaczej. Gdzieniegdzie życie osiągnęło taki stopień organizacji, że nie ma w nim miejsca na dzieciaki biegające po podwórku. Zachodnie potęgi, nie mogąc liczyć na dostawy utalentowanego narybku z ulicy, musiały opracować bardziej rozbudowane mechanizmy, które przejmą wychowanie adeptów futbolu od najmłodszych lat, bazując na systemie całej organizacji społecznej, mechanizmach rządzących gospodarką, sposobem dystrybuowania dóbr.

Mozolny proces szkolenia jest warunkiem absolutnie koniecznym, by kraj rozwinięty mógł się poszczycić osiągnięciami w dyscyplinie uprawianej na poważnie przez cały świat – jednak niedostatecznym.

Ci świetnie wyszkoleni piłkarze muszą mieć też gdzie postawić pierwsze kroki i się rozwijać, znaleźć swoje miejsce w świecie i społeczeństwie. Po najwyższy laur na mistrzostwach świata nie sięgnęła jak dotąd żadna drużyna, która nie ma dobrze prosperujących rozgrywek krajowych. Ba, większość skazywanych na pożarcie futbolowych pariasów, którym w trakcie trwania turnieju udaje się skraść serca postronnych obserwatorów mundialu, również bazuje na wypracowanych strukturach. Nie licząc dawnych kolonii, które przygotowując się do swoich małych sukcesów wykorzystały systemy dawnych kolonizatorów, czarne konie imprezy biorą na pokład piłkarzy przede wszystkim ze swoich lig i kultywują narodowy model gry. Stan naszych struktur nie pozwalał na zbytni optymizm, jednak nasz wyskok sprzed dwóch lat dawał z kolei pewne, trudne do sprecyzowania nadzieje. Ćwierćfinał Euro z jednej strony był sukcesem ponad stan, z drugiej mieliśmy prawo liczyć na więcej. Takie ujęcie świetnie się zresztą odnosi się nie tylko do naszych kibicowskich zapędów, ale także całej organizacji społecznej.

Do sukcesów polskiej reprezentacji jak ulał pasuje stwierdzenie “dawno i nieprawda”, ale przecież nie wzięły się one znikąd, a właśnie z dobrze funkcjonujących wtedy struktur. Talenty szlifowane na podwórkach trafiały w końcu do rozbudowanego systemu, dopełniającego rodzimą gospodarkę, o przekładało się zarówno na poziom ówczesnej ligi, jak i reprezentacji. To wszystko rozpadło się wraz ze zmianami, jakie zaszły w kraju i społeczeństwie polskim od początku lat 80. Transformacja ustrojowa nie oszczędziła także futbolu. I tak jak stare struktury społeczne na każdym pułapie, czy to ekonomicznym, czy międzyludzkim, uległy rozpadowi, tak przestał działać także cały dobrze funkcjonujący wtedy organizm piłkarski. Od tamtego czasu nie podjęto żadnego wysiłku intelektualnego, by zmienić ten stan rzeczy. Fakt, wybudowano stadiony, wybudowano nawet orliki, ale nie stworzono struktur, nie zadbano o to, by je zapełnić.

Kolejne pokolenia polskich piłkarzy nie tylko były źle uczone, ale także nie miały możliwości odnaleźć się na zdrowym rynku zawodniczym.

Znamy to także z rynku pracy, który do niedawna przedkładał pracowników miernych, ale gotowych podjąć się każdej pracy nad specjalistów.

Ostatnimi czasy ten stan rzeczy się wyraźnie zmienia, rynek nam rośnie i to niejednowymiarowo, także wszerz i wgłąb, co znalazło również swoje odzwierciedlenie w piłce. Na początku z tej ogólnej bylejakości udało się wydostać kilku śmiałkom, którzy osiągnęli kapitalny poziom wbrew systemowi. Potem inni poszli ich śladem i mając taki przykład, łatwiej było im wedrzeć się w szeregi poważnych piłkarzy. Dopiero teraz kluby zrozumiały potencjał drzemiący w wychowywaniu młodzieży, dzięki czemu powstają zalążki systemu, ale liga, pod względem obowiązującego modelu gry, w dalszym ciągu tkwi w bylejakości, w której cały intelektualny potencjał inwestuje się w doskonaleniu technik przeszkadzania w grze przeciwnikowi. Nastawiony konsumpcyjnie odbiorca (trudno, by było inaczej, skoro cała nasza gospodarka oparta jest nie na produkcji, a na konsumpcji właśnie) nie ma innej możliwości, jak złorzeczyć na krajowe rozgrywki, czemu oddaje się skwapliwie. System się nie dopina, choć jakimś cudem zdarza mu się dostarczyć kilka perełek, dzięki czemu do Rosji zabraliśmy bodaj lepszą grupę zawodników niż ci, którzy reprezentowali nas we Francji.

W internecie nie brakuje utyskiwań, dlaczego nie moglibyśmy zagrać przynajmniej jak Korea, która wyrzuciła za burtę Niemców, albo napędzający stracha potentatom z Półwyspu Iberyjskiego Iran. W tym sęk, że gdyby biało-czerwoni wyszli na mecz i postawili przed własnym polem karnym autokar, utrzymując się przy piłce przez czas nieprzekraczający 30 proc. całej gry – wcale byśmy dumni nie byli. Zresztą już tak graliśmy na poprzednich mistrzostwach, gdzie dobre wyniki przesłoniły fakt, jak beznadziejnie płaski był plan taktyczny drużyny Nawałki i jak szybko kończyła się kreatywna moc naszych orłów.

Do Rosji jechaliśmy więc z minimalnie lepszym składem i o wiele bardziej ambitnym planem – kontrolować to, co się dzieje na boisku.

Selekcjoner zdawał sobie sprawę z tego, że jedyną szansą na przebicie sufitu jest porzucenie stylu gry, z którego dumni mogą być dzielni Islandczycy, ale nie 40 milionowy naród z bogatymi tradycjami piłkarskimi. Nawałka obrał więc za cel wzmożenie kreatywności dowodzonego przez siebie zespołu. Nasi nie najgorsi przecież piłkarze grają przecież w świetnych klubach, pełniąc tam czasem ważne funkcje, jednak są tam częścią większej układanki, wspierani bardzo twórczymi na boisku kolegami z drużyny, ale także wielcy dlatego, że stoją na barkach olbrzymów, którzy byli tam wcześniej i stworzyli podwaliny pod cały system – tak intelektualne, jak i gospodarcze. Jak dotąd, gdy przyjeżdżali na zgrupowanie, ćwiczyli model gry, który wymusiła na nich wieloletnia futbolowa smuta – jedyny znany im wszystkim.

Do Rosji jechaliśmy dominować, konstruować, zaskakiwać, jednak – jak mówi nasz kapitan – nie daliśmy rady, nie byliśmy tego uczeni. Nasz cały system opierał się przecież na jednej wielkiej niepewności i asekuranctwie – zarówno na boisku, jak i poza nim. Dotychczas mogliśmy co najwyżej liczyć, że będziemy tak dobrze pilnować, by niczego nie zepsuć, że uda się nam przy okazji coś wygrać. Teraz postanowiliśmy wziąć sprawy we własne ręce, zostać panami własnego losu, ale boleśnie poparzyliśmy sobie przy tym paluchy. Niestety zbyt wielu naszych piłkarzy wychowało się w tej beznadziei, by ten, skądinąd słuszny plan mógł się powieść.

W istocie trudno odmówić trenerowi Nawałce słuszności w rozumowaniu – dysponowaliśmy tyloma klasowymi piłkarzami, że powinniśmy zacząć grać jak klasowa drużyna.

Także pod względem całej organizacji społecznej zaczęliśmy przypominać poważne państwo, w tym roku zresztą dołączone do grona rozwiniętych. Jednak tak w piłce, jak w gospodarce wciąż brakuje nam głębi, cały czas Polska nie jest krajem dla kreatywnych ludzi. Wielu lat zaniedbań nie da się nadrobić kilkoma treningami w nowym ustawieniu czy odważnym poukładaniu drużyny. Nie mamy co liczyć na to, że osiągniemy sukces na wielkiej imprezie, jeśli liga będzie dla nas pośmiewiskiem, a z drugiej strony – będziemy w niej kształcić wszystkich piłkarzy. Całe pokolenie reprezentowane przez wybrańców Nawałki, dla których mundial był ostatnią wielką imprezą w karierze, przekonało się o podobnej zależności na własnej skórze. My wszyscy również byliśmy wykształceni, ale jakoś nikt nie zadał o to, by stworzyć system, w którym moglibyśmy się spełniać.

Piłkarze, którzy nie przynieśli nam dumy w Rosji i tak zasługują na szacunek. Wbrew systemowi i jako stosunkowo nieliczni z całego pokolenia dotarli do miejsca, o którym inni przedstawiciele przemysłu rozrywkowego czy środowiska akademickiego mogą tylko pomarzyć. Wprawdzie świat miał z nich trochę polew, ale to i tak lepiej niż w przypadku polskich piosenkarek czy humanistycznych profesorów, o których nikt nie ma żadnego pojęcia. W tym momencie narodowa duma zwykła podpowiadać, że przecież produkujemy tabuny inżynierów, wynalazców i matematyków. Nie sposób się z tym sprzeczać, ale właśnie w tym tkwi problem polskiego rynku – także tego piłkarskiego – że zajmuje się on wyłącznie rzeczami, które w czasie krótszym niż spodziewany przyniesie mu wymierne korzyści. A nie da się budować społeczeństwa bez tej głębi, odrobiny fantazji. Mieliśmy tego przykład na boisku.

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook