kulturatechnologia

Zabytkowe auto? Prawdziwa przyjemność z jazdy

Nie da się dobrze odrestaurować auta, nie budząc się i nie zasypiając z myślą o nim – opowiada Łukasz Rzepecki, który odnawia zabytkowe samochody w podwarszawskiej Jabłonnie.

Jak zaczęła się historia RzepeckiAuto?
 
Od pasji Macieja Rzepeckiego, mojego ojca. Pod koniec lat 80. zrobił jeden zabytkowy samochód, prywatnie, kompletnie dla siebie. Potem grupa znajomych, wśród których się obracał, również zapragnęła mieć podobne i poprosili, aby znalazł i odbudował im takie auta. Ojciec robił to więc dwutorowo, czyli prowadził zwykły warsztat i przy okazji odbudowywał też takie samochody. Z czasem firma przerodziła się w taką, która zajmuje się restaurowaniem aut i teraz zajmujemy się już wyłącznie zabytkowymi samochodami.
 
Macie dużo klientów z Polski?
 
To się trochę zmienia.
Jeszcze kilka lat temu to byli głównie klienci zagraniczni, teraz jednak moda na klasyczne auta przyszła do Polski.
Trafiła głównie do tych lepiej sytuowanych Polaków. Dlatego obecnie mamy więcej polskich klientów. Liczba zamówień z zachodu nie spadła, rozbudowaliśmy jednak swoje możliwości i jesteśmy w stanie pracować nad większą liczbą aut. Dzięki temu udało nam się uzyskać równowagę pomiędzy zamówieniami rodzimych klientów i tych spoza Polski.
discovery

Ile średnio czasu zajmuje praca nad takim autem?

Taki samochód da się odbudować średnio w ciągu 8 miesięcy. Przeciętnie trwa to jednak od roku do 2,5 roku czasu. Bardziej skomplikowane projekty wymagają po prostu więcej czasu. Jeżeli z kolei mamy do czynienia z czymś, czym zajmujemy się na co dzień, czyli np. Jaguar XK czy Jaguar E-Type, to odbudowa zajmuje zazwyczaj rok czasu. Zależy to również od właściciela auta. Są dwie grupy klientów - jedni to tzw. turyści, którzy chcą samochód całkowicie oryginalny, czyli np. w tych samych kolorach, w których został wyprodukowany i z taką samą specyfikacją. Druga grupa to osoby, które chcą mieć zabytkowy samochód, ale przystosowany do współczesnego ruchu. Czyli musimy przykładowo zamontować im inne hamulce, dodać wspomaganie kierownicy, inną skrzynię biegów. Chodzi głównie o to, aby współczesny kierowca był w stanie takim autem pojechać.

Dla kogoś, kto wychował się na samochodach współczesnych jazda autem, które ma 60 - 70 lat, to jest po prostu kosmos.

Pamiętam kilka takich przykładów, jak szkoliłem ludzi w podobnym wieku do mnie. Ich rodzice sprawili sobie zabytkowy samochód i moim zadaniem było nauczyć człowieka, który ma dwadzieścia parę lat, jak tym jeździć. Były to dla mnie przerażające chwile -  nie starczało czasem rąk, kiedy kierowca miał zmienić biegi, bezradnie patrzył na skrzynię a zdarzało się nawet, ze niektórym hamulce myliły się z gazem. Była taka sytuacja, kiedy ktoś popełnił błąd i skręciliśmy nagle prosto w pole. Zabytkowe auta nie są dla kogoś, kto jest współczesnym kierowcą i nie posiada odpowiedniego przygotowania. Nie ma mowy, żeby do takiego samochodu po prostu wsiąść i pojechać.

discovery

Trafiają się auta, których już nie da się uratować?

Oczywiście, że niestety trafiają i się takie. Ale wtedy po prostu budujemy na podstawie tego egzemplarza drugi samochód. Wykorzystujemy jak najwięcej elementów z tego auta, którego nie możemy odrestaurować. Np. Jaguary E-Type 1 serii, czyli te najcenniejsze - w ich przypadku problem jest taki, że nadwozie to praktycznie coś, co trzeba zrobić od podstaw. Jak to auto przyjeżdża do Polski, to wygląda jeszcze jak samochód, ale w momencie, gdy zdejmiemy wszystkie powłoki lakiernicze, to okazuje się, że zostaje nam właściwie kilka elementów mechanicznych, a nadwozia nie ma. W takim przypadku trzeba po prostu zrobić nowe.

Które auto szczególnie zapadło wam w pamięć?

Np. Mercedes Adenauer, choć to bardziej przygoda ojca, niż moja. To był tak cenny samochód, że baliśmy się nawet trzymać go u nas w firmie - żeby go nikt nie ukradł. A jak myślę o takim, który ja bym wskazał, to ciężko mi wybrać. To się ciągle zmienia - z projektów, nad którymi pracujemy raz jeden zostaje ulubieńcem ojca, raz moim. Chyba nie byłbym w stanie określić jednego, konkretnego auta. Teraz np. kończy mi się powoli okres fascynacji MG TD, które właśnie kończymy odbudowywać, a zaczyna ten Jaguarem Mark IV. Praktycznie nie odchodzę od tego samochodu i jestem w nim obłędnie zakochany. Za pół roku to się pewnie znowu zmieni.

discovery

Jeśli przywiązujesz się do aut, nad którymi pracujesz, musi być ciężko się potem z nimi rozstawać.

Zdecydowanie cieszymy się z każdego samochodu, z którym udaje się utrzymać jakiś kontakt. Część odrestaurowanych przez nas aut wyjeżdża po prostu zagranicę i znikają - nie mamy kontaktu ani z ich właścicielami i nie wiemy, jakie są dalsze losy samochodu.
Zależy nam na samochodach, które zostaną u nas, chcemy wiedzieć, co się z nimi dzieje.
Z większością klientów trochę się zaprzyjaźniamy, jeździmy potem na wspólne wyjazdy. Każdy taki samochód to dla nas rok z życia. To nie jest tak, że po prostu wykonujemy swoją pracę, zarabiamy dzięki niej pieniądze i idziemy do domu. Stanowczo nie. Każdy projekt, nad którym pracujemy, staje się częścią naszego życiorysu. Robimy bardzo dużo samochodów - był moment, w którym myśleliśmy nad zajęciem się tylko dwoma modelami Jaguara. Ale mamy klientów, którzy zamawiają u nas trzy Jaguary, a potem przychodzą np. z Ferrari, więc nie możemy po prostu powiedzieć im 'nie'. Nie myśląc o konkretnym samochodzie, nie budząc się z myślą o nim, nie da się po prostu wykonać takiego projektu dobrze. A więc kiedy mija rok, podczas którego intensywnie się o konkretnym aucie myśli, to nie da się tak bez żalu z nim rozstać wiedząc, że już go nie zobaczymy. Takie sytuacje są dla nas zwyczajnie przykre. Ale większość właścicieli takich aut kupuje je na całe życie - rzadko zdarza się tak, że ktoś inwestuje w taki samochód, aby wymienić go później na inny. Częściej kupuje kolejny.
Takie auto to po prostu kawałek historii.
Długo rozmawiam z klientami na ten temat. Najbardziej nie lubię, kiedy ktoś zamawia u nas auto, ale nic go w zasadzie więcej nie interesuje - czeka tylko, aż będzie skończony. Dużo fajniej współpracować z kimś, kto angażuje się w taki projekt, ma konkretne oczekiwania i robimy to razem. To daje dużo większą radość. W Polsce mamy jednak taką klasę nowobogackich, których nie interesuje ani samochód, ani historia, ani jego odbudowa, ale wyłącznie to, aby móc później pochwalić się przed kolegami. Mieliśmy taki przypadek - klient zamówił Astona Martina, tego samego, którym jeździł Bond i potem samochód po skończonej renowacji stał u nas przez 2 lata. Kiedy zresztą ojciec pytał, jak mu się auto podoba, dało się wyraźnie wyczuć brak zainteresowania i jakiegokolwiek entuzjazmu. Właściciel pojechał nim raz na imprezę do ambasadora USA, po czym zwrócił auto do naszej przechowalni, gdzie dalej stało. Po każdym takim przypadku zbieram szczękę z podłogi - po prostu ciężko było mi w to uwierzyć. To żadna frajda współpracować z kimś takim - czasem trzeba, ale nie ma z tego żadnej przyjemności. 
discovery
Brzmi jakby praca była twoją pasją.
 
Do tego nawet nie da się inaczej podejść. Nie da się traktować tego wyłącznie jako działalność zarobkową. To trzeba lubić, myśleć o tym. Z takiego warsztatu nie da się zrobić fabryki, czy wielkiego biznesu - jeśli się nie czuje tej pasji, to ta praca przypomina przysłowiową karę za grzechy. Ojciec określał to zawsze jako udrękę i ekstazę - myślę, że to dość trafne spostrzeżenie.
 
Co takiego mają w sobie zabytkowe auta, czego nie mają współczesne samochody?
 
Nie da się w ogóle porównać samochodu z lat 50. do współczesnego auta. Obecnie samochód służy głównie do tego, aby przejechać z punktu A do punktu B. Po 2 - 3 latach najczęściej się go pozbywamy, po czym kupujemy następny. Nowoczesne auto przypomina pod tym względem suszarkę do włosów - służy do konkretnego celu i łatwo je zastąpić. A zabytkowy samochód to piękno - jeśli pewną wizję estetyczną życia to takie auto po prostu się w to wpisuje. Zawsze staram się każdemu z naszych klientów wytłumaczyć, że to nie jest po to, żeby auto stało, nie jest po to, żeby tylko je mieć. Mając taki samochód można np. zwiedzać Polskę czy Europę, spędzać fajnie czas. Jeśli takie auto miałoby tylko stać w garażu, to nie ma to sensu. Zjechałem przeszło pół Europy zabytkowym samochodem, a w zeszłym roku byliśmy we Włoszech i praktycznie każdy kolejny weekend to okazja do wyjazdu, czy to na Mazury, czy w Bieszczady.
Dlatego podkreślam - decydując się na kupno i odrestaurowanie zabytkowego auta powinniśmy myśleć o nim jako o przyczynku do czegoś więcej.
Jadąc takim samochodem, czerpiemy większą przyjemność z jazdy. To jest trochę walka z tym samochodem, tutaj trzeba myśleć o tym, co się robi, to nie jedzie samo. Bez udziału człowieka ten samochód nie jest w stanie nawet zahamować. Trzeba każdy ruch przemyśleć i być wewnętrznie przygotowanym na to, co się może wydarzyć na drodze. Jazda takim samochodem to doświadczenie, które trudno nawet opisać. Każda minuta w takim pojeździe zostaje potem z nami, pamiętamy tą podróż jako coś wyjątkowego. 
discovery

W nowej serii 'Motoholik, Jimmy de Ville' ekstremalny inżynier i wynalazca w jednej osobie wyrusza na poszukiwania rzadkich, często legendarnych już silników. Podczas swoich podróży przemierzy świat w poszukiwaniu pojazdów, wewnątrz których znajdują się kultowe silniki.  Odwiedził też Polskę, gdzie dopadł legendarną Syrenę. Zachwycił się pojazdem i jego silnikiem, a następnie wyruszył do Zakopanego, by sprawdzić jak napęd Syreny sprawdzi się w... skuterze śnieżnym. Jeśli i wy chcecie zobaczyć, jak Syrena poradziła sobie z tym wyzwaniem, włączcie Discovery Channel w niedzielę o godz. 18 i obejrzyjcie serię 'Motoholik, Jimmy de Ville'.

discovery belka