media

Wingsuit, it's on, you bastard!

Widok typa, który stoi w kosmicznym uniformie na skraju kilometrowego klifu, po czym macha ci ręką, mówi ‘OK, gotta fly now’ niszczy, resetuje system i uświadamia, że nie ma nic lepszego - opowiada Yuri Drabent.

To jest trochę dziwne, ale należę do ludzi, którzy mają problem z jednoznaczną i szybką odpowiedzią na wiele pytań. Jak można nie wiedzieć, jaki jest twój ulubiony kolor? Nie wiem, wszystkie są generalnie spoko. Jakie lubię owoce? Wszystkie, może bez czarnych porzeczek, bo są beznadziejne. Jaka muzyka mnie jara? W sumie to nie wiem, weź puść coś dobrego, to ci powiem, czy lubię.

Ulubiony żywioł? O Jezu, powietrze. Bez nanosekundy zastanowienia. Niewielu rzeczy jestem tak pewien.

Znacie to uczucie, kiedy natkniecie się na coś zajebistego – w sieci, tv, książce, gdziekolwiek – i gdzieś w środku coś woła: ‘oooo tak, to jest to, człowieku – kiedyś to zrobisz! Jak każdy, miałem parę takich momentów. Pamiętam, jak byłem nastolatkiem i pewnego dnia siedziałem w chacie, otworzyłem album z jakimiś wysokogórskimi szczytami i zagapiłem się na Matterhorn, a mojej duszy wydawało się, że wie co mówi, kiedy zadeklarowała, że kiedyś mnie tam zaciągnie.

Matterhorn

Nie powiem, bo wizualnie szczyt do dzisiaj mnie totalnie niszczy i na pewno fajnie byłoby tam wleźć, ale życie (oraz parę pagórków tak koło 1200m) nauczyło mnie, że włóczenie się z buta po wzniesieniach generalnie nie wywołuje we mnie jakichś ekstatycznych strzałów adrenaliny i że w sumie mam to w dupie.

Drugi taki moment obrócił mnie o 180 stopni. Pamiętam jak dzisiaj. Lata temu, za względnego małolata, siedząc w chacie, wieczorem, na spokojnie i refleksyjnie, natknąłem się gdzieś w sieci na filmik, na którym jakiś psychopata ubiera się w dziwny strój przypominający wiewiórkę, macha do kamery, odwraca się i skacze sobie z klifu. Ot tak, z klifu w pizdu i poleciał, a z tego co mówili kręcący, prawdopodobnie nawet przeżył.

To było kawałek czasu temu, przed Vimeo, HD i GoPro na każdej głowie, więc jakość zostawiała wiele do życzenia, ale OH MAN!, co to mi zrobiło z głową. Jak można skoczyć sobie z klifu i polecieć? Jak ten typ tego w ogóle dokonał? Co to było? CO TO BYŁO i kiedy mogę zrobić tak samo – zadawałem sobie pytanie.

Okazało się, że ten magiczny strój, który pozwala ci latać nazywa się wingsuit i żeby w nim fruwać, trzeba najpierw zrobić około 200 skoków ze spadochronem, potem pewnie tyle samo w BASE, czyli skoków z różnych wysokich obiektów (building, antenna, span, earth), a potem można się za to zabierać.

Minął tydzień, a ja czekałem w kolejce do lekarza po badania, żeby robić kurs. Hej, wingsuit, wingsuit – I’m coming! Niestety, koniec marzenia o lataniu przyszedł równie szybko, jak jego początek – podczas jednego z badań, okulista kazał mi robić jakieś śmieszne rzeczy, po czym, analizując wyniki testów, spojrzał na mnie z pogardliwą wyższością i powiedział, że jestem deuteroanomaloskopem i że ze skakania nici. Ryby łowić – powiedział. Bez kolorków pan nie polatasz. Wiecie, co to jest deuteroanomaloskopia? To gówno.

anomalo

Wiem, że powinny być numerki, ale ja ich po prostu nie widzę. Nie widzę dwudziestkijedynki i w związku z tym nie będę skoczkiem, powiedział mi pan. Na uwagę, że z rozróżniania kolorów skoczkom potrzebna jest w sumie tylko umiejętność dostrzeżenia wielkiego, białego krzyża na tle zielonego, trawiastego lotniska, oznaczającego strefę lądowania, z czym nie mam problemu, pan doktor powiedział, żebym nie pyskował i zastanowił się nad innym hobby - na przykład rybami. Tak umarł mój przelotny sen o lataniu, a ja szybciutko i w sumie jakoś bezrefleksyjnie zabrałem się za robienie innych, fajnych rzeczy, specjalnie nie zaprzątając sobie tym głowy. Aż do roku 2013, kiedy w końcu znowelizowano to totalnie archaiczne prawo i zniesiono idiotyczny obowiązek rozróżniania całej gamy kolorów. Od 1 kwietnia 2013 wszyscy chcący skakać ze spadochronem musieli jedynie przyjść na dowolne lotnisko z dowodem osobistym, paroma stówami w kieszeni i w pełni władz umysłowych.

Byłem pierwszy w kolejce. ‘It’s on, wingsuit, you bastard'. Mówiąc zupełnie szczerze, aż sam zdziwiłem się, jak mocno pragnienie latania we mnie siedziało.

Od zawsze wiedziałem, że to mi się spodoba i że może być z tego zajawka, wiadomo. Ale to, co się we mnie obudziło, kiedy zdałem sobie sprawę, że to się faktycznie stanie i że teraz już nic nie stoi na przeszkodzie pomiędzy mną, a lataniem oraz jak szybko w związku z tym potoczyły się następne wydarzenia, przeszło moje oczekiwania. Trzy tygodnie po tym, jak dowiedziałem się, że zaczynam latać, stałem tam.

klif

Kozak, co? To Kjerag, Norwegia, najpopularniejsza miejscówka na świecie do skoków z klifu. To tam wraz z cudowną grupą psychopatów z inicjatywy DreamWalker, pobiliśmy rekord Guinessa w długości spadania swobodnego z liną, skacząc z klifu o wysokości kilometra.

DreamWalker
DreamWalker

Tak wyglądałem bezpośrednio po skoku.

yuriself

Trochę ryzykowałem robiąc sobie selfie 500 metrów nad ziemią, ale co tam – raz się żyje. Tam też po raz pierwszy w życiu miałem okazję z bliska zobaczyć moich idoli.

wiwiorka

I wiecie co? Myślałem, że filmiki w sieci to jest maks i że Vimeo i HD i GoPro i to montaż robi całą robotę. Że mokre łapy przed kompem to szczyt zajawki i że nie można już zbliżyć się bardziej. Proszę cię.

Widok typa, który stoi w tym kosmicznym uniformie na skraju kilometrowego klifu, po czym macha ci ręką, mówi ‘OK, gotta fly now’, robi krok w nicość i odlatuje, żeby za jakieś 30 sekund otworzyć spadochron jakieś 2 kilometry dalej i to wszystko dzieje się dosłownie metr od ciebie – to niszczy. To niszczy, resetuje system i uświadamia, że ooooooo matko!, nie ma nic lepszego.

Od tego momentu jestem jak zahipnotyzowany. Jestem więcej, niż pewien, że niedługo – za dwa, trzy lata – polecę tak samo. Kiedy piszę ten tekst, jest połowa lutego 2014. Działam - zrobiłem kurs AFF i licencję skoczka spadochronowego.

spadochron1
spadochron

Plan na 2014: minimum 150 skoków, parę godzin w tunelu, nieustający progres. Plan na 2015: BASE, wingsuit, klif.
Ostateczny cel:

STAY TUNED!