Magazyn Porażka: Chciało się nosić teczki, trzeba dźwigać woreczki

Rynek pracy jest pełen osób z wyższym wykształceniem. Niestety pracodawcy rzadko są zainteresowani wzbogaceniem swojego biznesu o nasze kompetencje – pisze Staś Klęski, założyciel internetowego Magazynu Porażka.
Kamil Fejfer - Magazyn Porażka Założyciel internetowego Magazynu Porażka. Zawodowo zajmuje się analizą rynku pracy, wynagrodzeń i rozwarstwienia społeczno-ekonomicznego. Mówi jak jest. A jak jest, cóż, sami wiecie.
.get_the_title().

W Polsce 27 proc. osób w wieku 25–64 lat ma wykształcenie wyższe. W przedziale wiekowym 25-34 jest to już 43 proc., w związku z tym rynek pracy jest pełen osób z wyższym wykształceniem. A trenowani od młodości w dyskursie o tym, że mamy merytokrację i że chcemy gospodarkę opierać na wiedzy, wierzyliśmy, że warto być wykształconym. No, ale przyznajcie z ręką na sercu, czy kiedykolwiek pracodawca naprawdę wykorzystał kompetencje, które nabyliście w trakcie kilkuletniego siedzenia w bibliotekach i zakuwania do kolosów?

Nie twierdzę, że wszyscy byliśmy omnibusami; każdy z nas miał nieco inny balans między czasem spędzonym na afirmacji życia a nauką. Twierdzę natomiast, że większość jednak wyciągnęła z tych studiów coś, co mogłoby się przydać na rynku pracy: zdolności analityczne, kreatywność, umiejętność sprawnego czytania kodów kulturowych, cokolwiek. Niestety w dużej części, pewnie w znacznej większości przypadków, pracodawca w ogóle nie jest zainteresowany wzbogaceniem swojego biznesu o nasze kompetencje. Chce raczej posłusznego pracownika – taki potrzebny jest gospodarce, której rdzeniem jest innowacyjność i wykorzystywanie takich zasobów jak wysokie kompetencje, a nie filozofa.

Chcesz być wykształcony, to sobie bądź, ale w domu; Polska nie potrzebuje twojej głowy, potrzebuje twojego posłuszeństwa i mięśni.

Wszystko oczywiście brzmi trochę jak jakieś niezrozumiałe bajanie, ale tylko do czasu, kiedy nie spojrzymy na liczby. Wejdźmy więc o stopień wyżej. Fundacja Kaleckiego, jeden z najciekawszych polskich ekonomicznych think-tanków, przygotowała infografikę dotyczącą wykorzystywania w Polsce zasobów intelektualnych.

Spośród porównywanych 18 krajów OECD wypadamy absolutnie najgorzej, jeśli chodzi o wykorzystanie w biznesie i administracji osób z tytułem doktora. Ponad 90 proc. doktorów po prostu zostaje na uczelniach. Do biznesu trafia jedynie około 8-9 proc. A polska administracja osób o wysokich kwalifikacjach nie potrzebuje chyba wcale. To jest najzwyklejsze na świecie marnowanie zasobów; podobne do używania liczydeł, kiedy w szafie stoją nieużywane komputery.

Tymczasem w Holandii, Belgii, Danii czy USA do biznesu idzie 30 proc. doktorów. We wszystkich krajach poza Polską zapotrzebowanie na ludzi najbardziej wykształconych płynie również ze strony rządu. Sytuację może tylko trochę tłumaczyć nadreprezentacją wśród polskich doktorów humanistów i naukowców zajmujących się sztuką, czyli przedstawicieli kierunków stereotypowo uważanych za biznesowo nieprzydatne. Z drugiej strony mamy nadreprezentację doktoratów z nauk społecznych, biznesu i prawa, co nie ratuje obrazu Polski jako kraju, który w dupie ma potencjał intelektualny swoich mieszkańców.

Jak twierdzą eksperci Kaleckiego, mamy do czynienia ze strukturalną barierą, która uniemożliwia przepływ ludzi z nauki do przedsiębiorstw czy administracji publicznej. Oczywiście znajdą się tacy, którzy powiedzą „he he, no to weź nie rób tego doktoratu, chce ci się uczyć tylko po to, żeby dyplom tacie pokazać?”. Tak to wygląda z bliska i takie postawienie sprawy jest niczym innym, jak przerzucaniem winy za systemowe niedomagania na doktorów (i doktorantów) oraz odwracaniem wzroku od poważnego problemu.

Kalecki pokazuje jeszcze jeden ciekawy wykres. Otóż w Polsce od lat 90. gwałtownie wzrasta liczba doktorantów (Łukasz Komuda z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych policzył, że szesnastokrotnie), natomiast liczba doktorów wzrosła jedynie dwukrotnie.

Może to się brać z kilku powodów. Po pierwsze doktorat dla wielu osób może być rodzajem „przechowalni” przed prawdziwą dorosłością w Polsce, którą zdecydowanie odradzam. Nic dziwnego, że część ludzi chce przedłużyć sobie stabilne życie i odwlec wejście na patologiczny rynek pracy. Już pod koniec studiów zdecydowana większość studentów zdaje sobie sprawę, że ich marzenia ze szkoły średniej o 5 k na rękę na dzień dobry są możliwe chyba tylko w brytyjskim magazynie. Druga sprawa to chęć zdobywania kompetencji przez ludzi, którzy nie mogą pogodzić się z tym, że polski rynek pracy od nich tego nie wymaga. Ale to nie z ludźmi, którzy chcą zdobywać kompetencje jest coś nie tak, tylko z rynkiem.

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook