Magazyn Porażka: Prawdziwy Gowin zaczyna się od 50 tys. zł na rękę

Jarosław Gowin w rozmowie dla Radia Zet stwierdził, że jego ministerialna pensja "nie starczała mu do pierwszego". Odpowiedź odbiła się szerokim echem, pojawiły się na ten temat nawet pierwsze memy. Czy osobie na stanowisku ministra przystoi wypowiadać takie słowa? A może przedstawiciele rządu faktycznie za mało zarabiają? Sprawę komentuje dla F5 Kamil Fejfer, założyciel Magazynu Porażka.
Kamil Fejfer - Magazyn Porażka Założyciel internetowego Magazynu Porażka. Zawodowo zajmuje się analizą rynku pracy, wynagrodzeń i rozwarstwienia społeczno-ekonomicznego. Mówi jak jest. A jak jest, cóż, sami wiecie.
.get_the_title().

Jeden z fanpejdży mówi, że prawdziwy mężczyzna zaczyna się od 10 tysięcy złotych na rękę. Jarosław Gowin jest jednak potężnym prawdziwym mężczyzną, ponieważ jego pensja ministerialna z lat 2011–13 równa około 10 tys. zł na rękę nie starczyła mu do pierwszego. Minister przyznał to w rozmowie z Konradem Piaseckim w Radiu Zet.

To nie pierwsza wypowiedź tego typu w ostatnim czasie. Niemal dokładnie rok temu pierwsza prezes Sądu Najwyższego, Małgorzata Gersdorf powiedziała, że za 10 tys. brutto dobrze żyć można tylko na prowincji. Wcześniej z kolei Elżbieta Bieńkowska w podsłuchanej prywatnej rozmowie w restauracji Sowa i Przyjaciele mówiła, że za 6 tys. złotych pracuje idiota albo złodziej. Jej słowa odnosiły się do pensji podsekretarza stanu.

O ile w tym ostatnim przypadku nie mamy do czynienia z wypowiedzą publiczną i pensja w wysokości 6 tys. złotych na rękę rzeczywiście może być nieadekwatnym wynagrodzeniem dla osoby na stanowisku eksperckim, tak wypowiedzi publiczne o tym, że 10 tys. zł to pieniądze, za które nie można przeżyć do pierwszego lub pozwalające godnie żyć jedynie na prowincji powodują, że w kieszeni otwiera się gilotyna.

Przypomnijmy, według GUS mediana zarobków wynosi około 2500 tys. zł na rękę. Połowa Polaków zarabia mniej.

Pieniądze, za które Jarosław Gowin ledwie dociągał do pierwszego zarabia u nas ok. 3-5 proc. osób.

Źródło: GUS

To znaczy, w najlepszym wypadku, że 95 proc. zarabia mniej. I jakoś do tego pierwszego muszą dociągnąć. Oczywiście nie wszystkim się udaje – część bierze chwilówki, młodszym, takim na przykład do 40. roku życia, pomagają rodzice. Ten kontekst jest bardzo ważny. Będąc w elicie dochodowej tak wąskiej, że w ogólnej zbiorowości niemal niedostrzegalnej, po prostu nie wypada publicznie mówić o swoich problemach finansowych. Najzwyczajniej na świecie nie przystoi.

Być może rzeczywiście ministrowie zarabiają zbyt mało w porównaniu do wysokich stanowisk w firmach prywatnych (w których z kolei często zarabia się za dużo). Sprawa jest jednak szersza. O ile wydaje się słusznym, żeby ministrowie więcej zarabiali, tak głównym problemem ujawnionym przez oburzenie po głupiej wtopie Gowina jest to, że dystanse płacowe w Polsce są zbyt duże. Ewentualnie to, że zbyt wiele osób zarabia po prostu za mało. Jestem niemal pewien, że gdyby mediana nie wynosiła 2500 tys. zł na rękę, tylko o tysiąc złotych więcej, znacznie więcej osób przyklasnęłoby podwyżce dla specjalistów. Jeżeli jednak 70 proc. ludzi w Polsce musi szarpać się z życiem za mniej niż 3 tys. na rękę, czyli za pieniądze wystarczające naprawdę na styk po opłaceniu rachunków, kupieniu jedzenia i zapłaceniu za Netflixa, to jojczenie, że za 10 tys. ledwo się dociąga do pierwszego, może zwyczajnie wkurwiać.
Tu oczywiście pojawia się też kwestia pakietowania się klas społecznych.

W świecie Gowina i Gersdorf pieniądze, o których mówią są oczywiste, naturalne, przeźroczyste.

Przecież wszyscy ich znajomi jedzą w wykwintnych restauracjach, płacą dzieciom za wakacje w tropikach, kupują im maki, a sami jeżdżą SUV-ami i mają po trzy mieszkania. Jeżeli przez całe, albo dużą część życia przebywało się w takim otoczeniu, to można ulec złudnemu wrażeniu, że tak po prostu wygląda świat. Ale wystarczy odrobina woli, sięgnięcie do odpowiednich lektur (a na rynku jest ich naprawdę sporo), żeby dostrzec, że jest się na szczycie piramidy majątkowo-dochodowej. Często zresztą dzięki fartownym zbiegom okoliczności.

Michael Lewis, dziennikarz ekonomiczny i absolwent Princeton przekonywał studentów tej uczelni, że muszą mieć świadomość losowego aspektu tego, że znaleźli się na tak wspaniałym uniwersytecie. Mieliście szczęście posiadać swoich rodziców, szczęście, że żyjecie w tym kraju, że miejsce takie jak Princeton istnieje. Wszyscy dostaliście dodatkowe ciastko. Z czasem łatwo przyjdzie wam uznać, że to ciastko się wam należy. Jednak będziecie szczęśliwsi, a świat będzie lepszy, jeśli będziecie chociaż udawać, że tego nie uznajecie.

Jaka płynie więc lekcja z tej, wydaje się dość odległej, anegdotki dla Gowinów i Gersdorf piramidy dochodowej? Otóż jest to lekcja pokory.

Zdjęcie główne: Radio Zet

Preloader spinner
Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook