Tatuaże naszych dziadków

Rozmawiamy z kilkoma osobami, które w czasach, gdy tatuaże budziły mocne kontrowersje i samo życie toczyło się w znacznie trudniejszych warunkach, postanowiły wpuścić sobie tusz pod skórę.
.get_the_title().

Wydaje mi się, że praktycznie każda osoba, niezależnie czy posiada tatuaż, czy nie, jest w stanie przytoczyć dwa najbardziej klasyczne pytania zadawane przez sceptyków – „jak chcesz, aby ktoś cię zatrudnił?” i „czy masz świadomość, jak to będzie wyglądało na starość?”. Wspomnianymi sceptykami są przeważnie osoby starsze, ale i wielu młodszych podziela negatywną opinie o tatuażach. Większość patrzy jednak na tusz pod skórą znacznie przychylniej niż nich dziadkowie. Bardziej skupia się na wzorach lub umiejscowieniu, a nie na towarzyszących tatuażom stereotypom zbudowanym przez kontekst historyczny i mentalność społeczeństwa. Oba czynniki dość mocno wpłynęły na swego rodzaju stygmatyzację sztuki tatuażu. Kultura tatuażu nie została w pełni pozbawiona kryminalnej łatki i ten niekorzystny cień nadal na nią pada. W mniejszym stopniu, ale wciąż tak jest, choć dziś na ulicach w Polsce dziary nie wywołują takiej sensacji jak przed laty. Podejrzliwe spojrzenia i oceniający wzrok współpasażerów w komunikacji miejskiej jest raczej rzadkością, a odmowa zatrudnienia przez sam fakt posiadania tatuażu odchodzi w niepamięć. Wielu artystów znalazło w robieniu tatuaży drogę ekspresji, tworząc tym samym dochodową i prężnie rozwijającą się branżę, gdzie wykonywane wzory traktowane są jako pełnoprawna sztuka i praca jednocześnie. Jest to odpowiedni kierunek który znacząco wpływa na gwałtowny rozwój całej kultury tatuażu i stopniowo sprawia, że stereotyp trafia do lamusa.

Skupmy się jednak na zwykłych ludziach, którzy w czasach, gdy tatuaże budziły mocne kontrowersje i samo życie toczyło się w znacznie trudniejszych warunkach postanowili wpuścić sobie tusz pod skórę.

W paru kwestiach te osoby nie różnią się wiele od młodych osób przyozdobionych dziarami, których mijamy na co dzień. Panowie, z którymi udało mi się porozmawiać, wskazują, że powody, dla których się wytatuowali nie zmieniły się na przestrzeni lat. Nie postrzegali dziar jako zjawiska zarezerwowanego wyłącznie dla ludzi marginesu czy z trudną przeszłością, ale jako formę artystyczną i właśnie dlatego chcieli mieć tatuaże. Podobały im się tak, jak nam dzisiaj. Wzory moich rozmówców zachowały się w różnym stanie, jednak nie utraciły znaczącego elementu – historii, która pozwala inaczej spojrzeć na wiekowe dziary.

Pan Stanisław, 81 lat

Pierwsza osoba, która opowiedziała mi o swoim tatuażu była niejako pomysłodawcą tego tekstu. Pan Stanisław to prywatnie mój dziadek i historię jego wzoru zawsze chciałem poznać. Za małolata wytatuowana kompozycja skupiała mój wzrok i dziadek obiecał, że gdy wytrę mleko spod nosa, to mi opowie. Siła rzeczy został moim pierwszym rozmówcą. Na potrzeby artykułu będę zwracał się do dziadka per Pan.

Co dokładnie przedstawia Pański tatuaż?

Jest to serce przebite kotwicą i krzyżem z słońcem w tle. Pośrodku serca widnieją moje inicjały – ZS.

W jakim wieku zrobił Pan sobie ten wzór?

Miałem chyba 17, może 18 lat. Nie pamiętam dokładnie, kawał czasu minął.

Pamięta Pan, gdzie i kiedy tatuaż powstał?

Jeśli dobrze liczę, to był rok 1954, w czasie, gdy wyjechałem do Siemianowic, aby pracować w kopalni. Tam też powstał tatuaż.

Czy pamięta Pan więcej szczegółów?

Brygada kopalniana była pięcioosobowa, wszyscy byliśmy zbliżeni wiekiem i pochodziliśmy z różnych zakątków Polski. Jeden z moich współpracowników miał tatuaż na ramieniu, który próbował zasłonić koszulą. Nie pamiętam dokładnie, jaki był to wzór, ale doskonale pamiętam moje zaciekawienie. Nie pytałem go wprost, co tam ma, bo za dobrze się nie znaliśmy, nie chciałem też wciskać nosa w nie swoje sprawy. Gdy się lepiej poznaliśmy, pokazał mi swój tatuaż i powiedział, że jeśli zechce wykona tatuaż i dla mnie. Musiałem oczywiście należycie mu zapłacić, oddając pół litra wódki, której zdobycie nie było najprostsze.

Wzór był jego pomysłem czy Pańskim?

Z wzorem było tak, że pokazał mi swoje szkice, głównie były to proste rysunki, bo wtedy nie sposób było wykonać jakiś skomplikowany tatuaż. Przeważały serca, uproszczone rysunki statków, kotwice, broń czy choćby krzyże. Ustaliliśmy, że połączymy mniejsze wzory i powstanie jeden większy tatuaż. Można więc powiedzieć, że jest to nasze wspólne dzieło.

Jaką techniką powstał tatuaż?

Używał 2 lub 3 igieł, które mocno związywał u góry. Nie była to stała konstrukcja. Następnie moczył igły w tuszu i wbijał w skórę. Trwało to długo i bolało jak cholera, bo musiał raz po raz ponownie nabierać tusz i małymi krokami posuwać się do przodu. Dziś, z tego, co wiem, używa się specjalnych maszynek, które robią to znacznie szybciej. W tamtym czasie nie było takiej możliwości.

Czy ten mężczyzna wykonywał też tatuaże innym pracownikom?

Nie wiem, czy po mnie zrobił tatuaż komuś jeszcze. Pracowałem tam dosyć krótko, bo była to ciężka praca z dala od domu i człowiek szukał możliwości powrotu. Po pewnym czasie zobaczyłem też wytatuowane wzory u innych pracowników, młodszych i starszych, jednak nie jestem w stanie powiedzieć, czy wykonał je mój kolega, czy ktoś inny. Może wcale nie powstały w tym zakładzie.

Postrzegał go Pan jako artystę?

Trochę na pewno, zdawał się być utalentowany i mieć swego rodzaju dryg do takich rzeczy. Rysunki też wykonywał nie najgorsze. Ciężko mi oceniać, bo sam nie mam o tym pojęcia, ale coś z artysty w nim było.

Czy żałował Pan swojej decyzji?

Początkowo nie, wzór mi odpowiadał i bylem zadowolony, ale po paru dniach rana zaczęła puchnąć i brzydko się goić. Warunki, w jakich tatuaż był robiony, nie były odpowiednie i pewnie to było tego powodem. Nie miałem świadomości, że należy o niego dbać. Zresztą, jak miałem o niego szczególnie zadbać, gdy nazajutrz po zrobieniu musiałem pracować w kopalni? Nie było to wykonalne. Wtedy właśnie zacząłem żałować, że go mam. Pojawiły się też obawy o brygadzistę – co, jeśli zobaczy ten tatuaż, czy wyrzucą mnie z pracy itd. Starałem się go zakryć, a nawet wymazać. Później zmieniłem pracę i rysunek mniej mi wadził. Był jeszcze moment, kiedy szczerze żałowałem i wiąże się to z gniewem mego ojca po powrocie do domu, był naprawdę rozwścieczony i dał mi to odczuć.

A czy dziś, z perspektywy dłuższego czasu, traktuję Pan swój tatuaż jako błąd?

Po tylu latach jest mi obojętny, praktycznie go nie zauważam. Rozmył się i jest nieczytelny. To na pewno wina czasu, ale i wykonania.

Jak postrzega Pan sztukę tatuażu obecnie?

Idąc ulicami, widzę, że tatuaż został spopularyzowany. W tamtych czasach tatuaże nosili ludzie o określonej profesji, marynarze, żołnierze i najczęściej ludzie z kryminału. Zdarzały się też wyjątki, takie jak choćby ja, jednak były to naprawdę rzadkie przypadki. Dziś tatuaże noszą różni ludzie i to chyba jest dobre. Nie popieram tatuaży obscenicznych albo umieszczonych na twarzy bądź szyi. Doceniam ładne wzory, to czasami przykuwa uwagę moją uwagę. Wzory z tamtych lat od tych obecnie dzieli ogromna przepaść. Gdyby mój tatuaż mógł być tak dobrze wykonany, to na pewno dzisiaj inaczej bym na niego spoglądał.

Pan Ryszard, 72 lata

Kolejna osoba, która zgodziła się na rozmowę to dziadek mojego wieloletniego znajomego który mieszka nieopodal. Druga i ostatnia osoba z bliskiego mi otoczenia, do której łatwo było dotrzeć.

Jest Pan posiadaczem kilku mniejszych tatuaży, czy mógłby Pan przybliżyć co przedstawiają?

Na palcach lewej dłoni mam napis „Hanka”. Na zewnętrznej stronie dłoni, między kciukiem a palcem wskazującym jest przebite strzałą serce. Dalej, na ramieniu jest ptak, krzyż, litera K, miecz, coś, czego dziś nie potrafię nazwać oraz niedokończona syrena. Od wewnętrznej strony ręki są inicjały mojej żony – GW. Panuję na tej ręce drobny bałagan.

Ile miał Pan lat, gdy tusz po raz pierwszy pojawił się na pana skórze?

Mogłem mieć 16 albo 17 lat.

Który z tych wzorów był tym pierwszym?

Napis na palcach był pierwszym moim tatuażem. Zrobiłem go, będąc zakochany w dziewczynie o imieniu Hania. To szczeniacki tatuaż zrobiony wyłącznie na pokaz dla dziewczyny, która nawet nie była moją dziewczyną. Pierwsza miłość.

Żałuje go Pan?

Chyba tak, to chyba jedyny którego prawdziwie żałuję.

Pamięta Pan, kiedy i w jakich okolicznościach powstały kolejne tatuaże?

Nie dam rady chyba wszystkich chronologicznie uporządkować, ale mogę podać zbliżony okres ich powstawania. Wzory na ręce zrobiłem w okresie od 18 do 21 roku życia. Pracowałem wtedy w różnych miastach w Polsce, głównie jako spawacz i przy budowie różnych instalacji. Byłem również w wojsku i tam powstała większość tatuaży. Zobaczyłem u niektórych wojskowych tatuaże wskazujące ich rangę oraz miejsce, gdzie służyli. Nie podobały mi się noszone przez nich wzory, ale sama idea dziar już tak. Tatuaże wykonywałem własnoręcznie, gdyż nie znałem w tamtym czasie nikogo, kto mógł mi je wykonać. Wojskowi robili innym tatuaże wyłącznie związane z wojskiem, a ja takich nie chciałem, więc musiałem robić je samemu. Potem, w zakładach, w których pracowałem, także nikt nie wiedział, jak to robić. Wyjątkiem był jeden zakład pod Bydgoszczą.

W tym zakładzie pod Bydgoszczą ktoś wykonał Panu tatuaż?

To nie było zupełnie tak. Pracował tam mężczyzna, który miał tatuaż i twierdził, że wie, jak je wykonywać. Chciałem wtedy wytatuować sobie syrenę w pobliżu łokcia. Pierwsze linie poprowadziłem sam i dokończyć miał wspomniany mężczyzna, lecz został zwolniony z pracy i nigdy więcej go nie widziałem. Tatuażu też nie dokończyłem.

Jaką techniką robił Pan tatuaże?

Jedyną możliwą wtedy, czyli dwoma igłami moczonymi w atramencie. W wojsku tworzyli bardziej zaawansowane narzędzia, coś przypominającego dzisiejsze maszynki. Najbardziej rozwinięte metody mieli więźniowie. Znałem kilka osób, które zrobiły sobie tatuaże w więzieniu i to było zupełnie inne wzory.

W jakim sensie inne? Inne tematycznie czy technicznie?

Różniły się tematycznie, bo związane były głównie z półświatkiem przestępczym, ale większą różnicę dało się zauważyć w wykonaniu. Były o wiele dokładniejsze, bardziej realistyczne i zwyczajnie lepsze. Myślę, że w tamtych czasach najlepsze tatuaże powstawały w więzieniach. Nie będąc nigdy w zakładzie karnym, musiałem działać samemu.

Uważa się Pan za osobę uzdolnioną artystycznie?

Myślę, że tatuaże, które mam mówią same za siebie. Nie jestem osoba utalentowaną, nie mam tej lekkości przy rysowaniu ani odpowiedniego warsztatu. Starałem się odtworzyć rzeczy, które gdzieś widziałem i tyle. Z marnym skutkiem jak widać.

Niemniej był Pan mocno zdeterminowany, aby mieć tatuaże.

Tak, bardzo mi się podobały i chciałem je mieć, okoliczności niestety mi nie sprzyjały i ostatecznie wzory, które mam odbiegają od moich wyobrażeń.

Ma Pan jeszcze tatuaż od wewnętrznej strony ręki, z inicjałami Pańskiej żony. Wykonał go pan też w tamtym okresie czy później?

Ten tatuaż zrobiłem, gdy byłem starszy, mogłem mieć z 25 albo 26 lat. Oświadczyłem się wtedy i w tajemnicy wytatuowałem sobie inicjały przyszłej małżonki. Zrobiłem to dla siebie, bo żona jest trochę przeciwniczką tatuaży. Sytuacja i tak wyszła na jaw, czego byłem świadomy, jednak jej reakcja mnie zaskoczyła.

Dlaczego?

Żona nie była zła o sam tatuaż, ale uważała, że inicjały powinny być utworzone od pełnego imienia, a nie skrótu. Moja żona ma na imię Eugenia, ja wytatuowałem literę G od Geni, bo tak się do niej zwracam. Nie przemyślałem tego w tamtej chwili.

A jak na pańskie tatuaże zareagowała reszta rodziny? Stosunek żony już znam.

W okresie, gdy nanosiłem nowe tatuaże na skórę nie mieszkałem już w domu i rzadko widywałem się z rodziną. Tylko ten pierwszy zrobiłem, mieszkając z rodziną pod jednym dachem. Pamiętam jedynie, że mama złapała się za głowę, mówiąc że Bóg mnie opuścił, a tata powiedział, że skoro już mam, to nie ma co nad tym dalej ubolewać. Wspomniał też, że pewnie kiedyś będę tego żałował.

I tutaj Pański ojciec chyba miał rację, bo jest to jedyny tatuaż, którego Pan żałuje, tak?

Tak, jedyny.

Jak postrzega Pan pozostałe po upływie dekad?

Nie myślę o nich na ogół, zlały się ze skóra i po prostu tam są. Nie żałuję samego faktu, że je mam. Trochę ubolewam nad tym, że nie przeszły próby czasu i dziś trzeba się skupić, aby coś z nich odczytać.

Zapytam jeszcze o podejście do tematu tatuaży dziś. Czy obecnie trwający rozwój i popularyzacja tatuażu to dobra sprawa, czy raczej zmierza to w złą stronę?

Myślę, że ta sztuka ma się dobrze i cieszy mnie to, że częściowo została uwolniona od stereotypowego myślenia. To ozdoba, może się udać lub nie, ale dzisiaj wydaje mi się, że ciężko, aby tatuaż się nie udał. Rażą mnie tatuaże w różnych miejscach i uważam, że niektóre wzory są nieodpowiednie jako stały rysunek na ciele. Podoba mi się, że dzisiaj kobiety też mają tatuaże – kiedyś to był naprawdę rzadki widok. Nikogo do tatuaży nie zachęcam na siłę ani też daleko mi do wzbraniania, chcę tylko, aby ludzie działali z głową.

Pan Włodzimierz, 70 lat

Pan Włodzimierz jest osobą spoza grona, które kojarzyłem przed zbieraniem materiału do artykułu. Prowadzi drobny zakład na podwórzu kamienicy w centrum Bydgoszczy, gdzie w drewnianej budce o wymiarach 3×3 metry dorabia klucze. Pewnie nigdy bym do niego nie dotarł, gdyby nie polecenie od znajomego tatuażysty, Patryka Hiltona (pozdrawiam!).

Z tego, co widzę, ma Pan cztery tatuaże. Wydaje się, że zostały wykonane stosunkowo niedawno. Powie Pan, co przedstawiają?

W zasadzie tatuaży mam sześć, ale dwa zakryłem. Na prawym przedramieniu stary tatuaż zakryłem głową lwa. Wyżej mam wytatuowany portret swojej córki, kiedy była jeszcze dziewczynką. To osobisty wzór i nie chcę go upubliczniać. Na drugiej ręce na ramieniu jest lew z tribalem, z kolei na na przedramieniu tej samej ręki jest orzeł.

Dlaczego zakrył Pan dwa tatuaże?

Oba zrobiłem będąc gówniarzem, miałem z 16 lat i oba wykonane były paskudnie. To było jedyne wyjście.

Co przedstawiały?

Wzory za bardzo nie różniły się od tych, które mam teraz, przynajmniej w założeniu. Były źle wykonane i nie podobały mi się finalnie.

Rozumiem. Pańskie tatuaże na tle wzorów, które mieli moi poprzedni rozmówcy wyróżnia element koloru. Preferuję Pan tatuaże kolorowe?

Uważam tatuaże z kolorami za ciekawsze i pełniejsze, w przypadku rysunków, które mam ta myśl chyba się potwierdza.

Kiedy wykonał Pan wszystkie cztery tatuaże?

Myślę, że gdzieś między 30 a 40 rokiem życia. Nie potrafię dokładnie powiedzieć, kiedy jaki powstał. Na pewno ostatnim był portret mojej córki.

Czy może Pan powiedzieć trochę więcej o tych nieudanych wzorach?

Wydaje mi się, że tamte projekty wybiegły trochę w przyszłość i wykonanie ich w tamtych czasach graniczyło z cudem. Technika nie pozwalała na tworzenie skomplikowanych wzorów, a i wykonawców było niewielu. Osoby, które robiły najlepsze tatuaże były kryminalistami. Znałem byłych więźniów, którzy nosili na tamte lata prawdziwe cuda sztuki. Sam nigdy nie poznałem żadnego autora tych wzorów, ale usilnie poszukiwałem osoby, która miałaby podobne umiejętności. Dlatego te dwa tatuaże nie wyszły spod jednej ręki. Byłem dosyć rygorystyczny w ocenie, dlatego jeden tatuaż wykonywany był przez 3 osoby. Gdy jeden zrobił część i nie umiał naprawić, szukałem kolejnego. Tak w kółko. W wyniku tego oba tatuaże były mocno zniszczone, niezagojone miejsca ponownie były tatuowane i czuć było inną rękę, wzór nie pokrywał się jako całość. Postęp technologiczny umożliwił mi zrealizowanie wzorów, jakie chciałem, ale kosztem parunastu lat.

Gdy zakrywał je Pan nowymi tatuażami, był Pan już prawie dwukrotnie starszy. Czy kierował się Pan wyłącznie chęcią „naprawienia szkody”, czy wciąż przemawiała do Pana sztuka tatuażu?

Nie kierowałem się tylko tym, aby zakryć oba buble, bo w tym okresie zrobiłem dodatkowe dwa tatuaże, które nie były zamierzone wcześniej. Nowe możliwości techniczne i rozwój napędziły mnie dalej.

Jak córka ocenia tatuaż ze swoją podobizną? Ma takie nastawienie jak Pan?

Córka początkowo podchodziła dosyć sceptycznie do tematu, podobnie jak żona. W całej rodzinie jedynie ja miałem tatuaże i byłem trochę odmieńcem. Z czasem córka przekonała się – sama teraz ma tatuaż i plan wykonanie kolejnego. Lubimy jednak inne rzeczy, ja lubię wzory duże i bardziej wyraźne. Moja córka ma przeciwne upodobania, woli wzory drobne i raczej mniej rzucające się w oczy.

Małżonka jednak nadal zdania nie zmieniła?

Nie zmieniła, trudniej mi na nią wpłynąć i nawet nie chcę tego robić. Ona szanuje to, że lubię tatuaże, a ja rozumiem jej zdanie w temacie. Nie mamy z tym większego problemu.

Jakie ma pan nastawienie do dzisiejszych tatuaży?

Dziś nie jestem już tak w temacie jak te 30 czy nawet 40 lat wstecz, ale na podstawie tego, co widuję czasami na ulicach, mogę wysnuć dwa wnioski. Po pierwsze, technika tatuowania i ilość wszechstronnych artystów, których przybywa bardzo mnie cieszy, gdyż nikt nie będzie już borykać się z takimi problemami jak 50 lat temu, gdy dany wzór wykonać potrafiła jedna osoba na milion, a dobry sprzęt nie istniał. Druga rzecz to powszechność, brak barier społecznych. Komu się podoba, niech robi i niech czerpie z tego radość.

Pan Zbigniew, 67 lat

Pan Zbigniew był najbardziej przypadkową osobą, którą udało mi się namówić na krótki wywiad. Wyczekując mężczyzny, z którym początkowo miałem rozmawiać, napotkałem siedzącego na rybackim krzesełku Pana, który sprzedawał owoce blisko ruchliwego przejścia dla pieszych w centrum miasta. Zobaczyłem wytatuowane przedramiona i przestałem czekać na rozmówcę, który na spotkanie ze mną spóźniał się już godzinę.

Posiada Pan dwa tatuaże, czy poza tymi odkrytymi są jeszcze jakieś?

Jedynie te dwa.

Co przedstawiają?

Lewe przedramię to portrety kowboja i kowbojki, a drugie to kobieta w bikini stojąca przy palmie. Nijak się łączą.

Ile miał Pan lat, gdy pojawił się pierwszy tatuaż?

Miałem dokładnie 20 lat, były to moje urodziny.

Prezent od kogoś, czy bardziej dla samego siebie?

Ciężko stwierdzić, ale chyba od nikogo. To trochę dłuższa i bardziej pogmatwana historia.

Jeśli mogę, z chęcią wysłucham całej historii.

Było to w wojsku i z racji tego, że były to moje urodziny, razem z kompanami trochę się wypiło. Był wśród nas wojskowy „artysta”, który wykonywał różne drobne tatuaże, głównie na potrzeby wojska. Nie wiem, czy robił to przed służbą, czy rozwinął swoje zdolności w wojsku, jednak uważany był za najlepszego. Nie wiem też, czy byli inni, aby można go było porównywać – ale to mniejsza z tym. Przechodząc do akcji właściwej, wypiłem za dużo. W moim wypadku przechodzę wtedy sporą metamorfozę, z człowieka spokojnego i raczej rozsądnego do zupełnego wariata. Ktoś rzucił pomysł, aby zrobić tatuaż, a komu – to chyba w tej sytuacji oczywiste. Normalnie bym się nie zgodził, ale wtedy wyszło to jakoś samo z siebie. W połowie roboty praktycznie otrzeźwiałem, ale wtedy było już za późno, lepiej było skończyć niż zostawić w połowie zrobiony.

To chyba najbarwniejsza historia z tych, które dotychczas usłyszałem. Lecz wciąż pozostaję pytanie, skąd wziął się tatuaż na drugiej ręce? Podobna sytuacja?

Nigdy w życiu! To już bardziej przyziemna historia. Jakiś czas później inaczej spoglądałem na wytatuowaną panią i palemkę, przyzwyczaiłem się do tego wzoru i nawet zaczął mi się podobać. Po wyjściu z wojska utrzymywałem kontakt z autorem i postanowiłem zrobić drugi. Ten już wybrałem samemu.

Zanim przejdę do dalszej części historii, chciałem dopytać o stosunek do tatuaży przed tym pierwszym, nieszczęsnym rysunkiem?

Chyba nie miałem wyrobionej opinii, chcę przez to powiedzieć, że były mi zupełnie obojętne. Sam nigdy nie zakładałem, że będę miał tatuaże. W wojsku tatuaże nie były często widoczne, jeśli już, to były tatuaże wojskowe wskazujące z kim mamy do czynienia. Nie chciałem wiązać się z wojskiem na dłużej, więc naturalnie nie brałem takiego tatuażu pod uwagę. Resztę historii już znasz.

Wracając do drugiego tatuażu. Powie Pan coś więcej?

Jak już mówiłem, chciałem mieć drugi tatuaż na lewej ręce. Nie miałem wzoru w głowie, nie bardzo wiedziałem nawet jakie rzeczy będzie mógł kolega wykonać. Powiedzmy, że dzięki temu została zachowana równowaga.

Czyli kowboj i kowbojka to dzieło kolegi?

Myślę, że tak, nie pytałem, czy to jego pomysł, czy nie. Gdy przyjechałem do niego zrobić ten tatuaż, miał ten wzór ze sobą. Spodobał mi się i już. Przypuszczam, że w tamtym czasie autor tatuażu siłą rzeczy był równocześnie autorem rysunku, bo skąd niby miał go wziąć?

Patrząc na oba Pana tatuaże, mogę zauważyć, że Pana kolega trochę wpisuję się w obecne trendy w sztuce tatuażu. Postrzegał go Pan jako artystę?

Naprawdę? W życiu bym nie powiedział, że mogą one jakkolwiek pasować do tych, które widuję obecnie. Nie mam kompletnie rozeznania w tym temacie, w sumie nigdy go nie miałem. W imieniu kolegi dziękuje za określenie go „artysta”. Myślę, że byłoby mu miło. Ja widziałem w nim artystę, miał wrażliwość i na pewno talentu mu nie brakowało. W wojsku nikt na to nie zwracał uwagi. Mówiłem, że w czasie, gdy wykonał mój pierwszy tatuaż nie wiedziałem gdzie się tego nauczył. Dowiedziałem później, że rozwinął tą umiejętność podczas służby. Pewnie gdyby urodził się później, to nie obszedłby się bez echa. W tamtym czasie nic więcej nie dało się zrobić.

Klasyczne pytanie jeszcze nie padło z mojej strony. Co na Pana tatuaże rodzina?

Na tatuaże? Przeważnie nic, obeszło się bez większych afer. Jedynie moja babcia zareagowała trochę nerwowo. Jej tusz pod skóra kojarzył się z obozowym numerem, więc zupełnie tego nie pochwalała. Musisz wiedzieć, że wtedy to trochę naznaczało człowieka, tatuaż sygnalizował często złe rzeczy.

Powiedział Pan, że nie nigdy nie orientował się pan w świecie tatuażu i ta sytuacja się nie zmieniła. Potrafi Pan mimo to powiedzieć, z Pana perspektywy jako widza, czy ta kryminalna łatka została zerwana z tatuażu? Nadal sygnalizuje złe rzeczy w oczach społeczeństwa?

Gdy widzę na ulicy młodych ludzi, chłopaków i dziewczęta przyozdobionych w różne wzory, to wiem, że nie są to kryminaliści. A nawet jeśli są, to nie tatuaże czynią ich tymi przestępcami. Uważałem tak już kiedyś, bo sam z marginesu nie byłem i wielu z moich znajomych z tatuażami także z niego nie było. Tyle lat minęło, świat mocno się zmienił i myślę, że łatka, o której wspominasz została już oderwana. Ludzie inaczej patrzą na świat i tym samym inaczej widzą tatuaże, to musiało kiedyś się zmienić.

Tekst i zdjęcia: Michał Ziemiński

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook