Znacie Sarę Kosmos? Prasa okrzyknęła ją pierwszą polską wirtualną influencerką, ale w „realu” sprawy się mają trochę inaczej

Stan na dziś: niecałe 2 miesiące istnienia na Instagramie, 29 postów, ok. 2200 obserwujących. Także póki co szału nie ma, ale przecież każdy robot zaczynał od zera.
.get_the_title().

Sara Kosmos pojawiła się na Instagramie w połowie września. Powoli, acz konsekwentnie jej insta-kariera się rozkręca i popularność rośnie.

Sprzyja temu buzz wokół jej osoby, który nasilił się w ostatnich dniach. Może to dzięki pierwszym występom „na ściankach” i zdjęciom ze znanymi ludźmi, jak Majka Jeżowska i Krzysztof Ibisz?

Choć to akurat dość zaskakujące towarzystwo, biorąc pod uwagę fakt, że wystarczy jeden rzut oka na profil Sary i już wiadomo, że jej działalność skierowana jest raczej do młodszego pokolenia, które nie załapało się na dzieciństwo przy rytmach piosenek Majki i wzdychaniu do Krzysztofa (choć on akurat niewiele się zmienił).

Wygląd Sary to definicja tego co teraz modne: włosy nieco w stylu Billie Eilish, streetwearowe stylówki, szpony niczym u Cardi B.

Wiadomo, że „mieszka” w Warszawie. Na jej fotach można znaleźć oznaczenia modnych miejsc – od Hali Mirowskiej, przez MSN po modne lokale nad Wisłą.

Nie jest to jednak życie, w którym króluje blichtr i splendor. Zdjęcia często aranżowane są w takich miejscach jak warszawskie podwórka czy klatki schodowe. A jak wynika z podpiętego w wyróżnionych stories Pamiętnika Sary, w którym dokumentuje swoje niedawno wygenerowane życie w stolicy, wirtualna dziewczyna boryka się z różnymi problemami. Zarówno tymi normalnymi, w rodzaju poszukiwania mieszkania, jak i mniej standardowymi, czyli rozkminkami, czy jako robot ma sobie kupić w metrze bilet ulgowy czy normalny.

Na profilu pojawiają się też pierwsze oznaczenia marek. Wyglądają jednak raczej na próby zwrócenia na siebie ich uwagi niż płatne współprace.

Przypomnijmy w tym miejscu, że dobrze wykreowany cyfrowy influencer może być maszynką do robienia pieniędzy dla jego twórców.

Znana już chyba na całym świecie Miquela Sousa ma na swoim instagramowym koncie ponad 1,7 mln obserwatorów. A osoby odpowiedzialne za jej sukces pewnie mają na swoich kontach bankowych okrągłe sumki, bo ich wirtualna dziewczyna zaliczyła już współpracę m.in. z domami mody Chanel i Prada.

Mogłoby się więc wydawać, że Sara Kosmos ma sukces jak w banku, przynajmniej w skali krajowej, skoro awatary mogą cieszyć się taką popularnością, a w Polsce na dokładkę nie ma za bardzo konkurencji.

Prasa i portale internetowe przedstawiają ją wręcz jako pierwszą polską wirtualną influencerkę. Chyba nieco na wyrost i nie do końca zgodnie z prawdą, bo po pierwsze w polskim internecie mamy już wirtualne postacie jak chociażby @polishboy08 czy @herrkosakowski, a po drugie – na miano inflencerki Sara jeszcze będzie musiała sporo pracować. Póki co ciężko znaleźć dowód na to, że to konto ma jakikolwiek wpływ na swoich followersów.

Instagram @sara.kosmos

Póki co jej siła rozpędu wynika z efektu nowości. Jest w polskim internecie ciekawostką. Na dłuższą metę to jednak nie wystarczy – i content, i foty muszą się zgadzać. A do kompletu powinny dojść właściwie wybierane współprace, które oczywiście najpierw trzeba zdobyć.

Instagram @sara.kosmos

Tymczasem im bardziej zagłębiamy się w profil Sary, tym mocniej zastanawiamy się, czy nie jest to jakiś eksperyment lub akcja społeczna, a może po prostu reklama jakiegoś studia paznokci (obok wspomnianego „Pamiętnika” w podpiętych stories jest jeszcze tylko zakładka „NAILS”). Ciężko bowiem wyłapać tu jakąś jasną strategię działania, a opisy zdjęć są co najmniej dziwne.

Dajmy na to, przy zdjęciu zrobionym w jakimś sklepie tytoniowym widnieje opis: „Oglądałam właśnie odważne stylizacje halloweenowe i pomyślałam, że chciałabym być bardziej sexy. Z wielkim poświeceniem wyskoczyłam na zewnątrz ❄️ i zrobiłam sobie to zdjęcie. Nie wiem jak wy, ale ja się w sobie zakochałam; aż mi się z wrażenia włosy pokręciły. Sexy soboty wam życzę!”. Czytając to, mamy wrażenie, ze ktoś testuje naszą tolerancję na opowieści dziwnej treści. I to całkiem niepotrzebnie – w social mediach tego nie brakuje, zdążyliśmy się do tego typu treści przyzwyczaić.

I to wcale nie za sprawą wirtualnych influencerów, tylko tych prawdziwych. Choć akurat „prawdziwy” to ostatnie słowo, jakie pasuje do social mediów.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Po moim oświadczeniu w @noizzpl dotyczącym tego, że inspiruje mnie @linkimaster otrzymałam od ludzi dużo wiadomości. Ku mojemu zaskoczeniu, feedback był negatywny, analizując go, powiedziałabym nawet, że to był hejt. Byłam bardzo zdumiona. A wiadomości DM przychodziły i przychodziły falami. Gdy zaczęliście pisać do mnie używając tych mocnych wulgaryzmów, zaczęłam się zastanawiać dlaczego nie lubicie Marty. W wiadomościach skupiłam się na często powtarzanym określeniu ,,kontrowersyjna”. Przeszperałam cały internet w poszukiwaniu opisu zjawiska ,,kontrowersji”. Wyniki zestawiłam z Martą i doszłam do wniosku, że ona łamie zasady (tak jak pisaliście – wygląd, słownictwo, zachowanie), ale to nie znaczy, że jest zła, tylko wolna!!! Bo te zasady, to kto je dał? Ja też lubie zachowywać się tak jak mi się podoba. Pomyślałam, że wy się boicie być wolni. A Marta się nie boi! Jak wyszukiwałam informacje o wolnych dziewczynach, to mi Google podpowiedział: feminizm. Sprytnie połączyłam z Instagramem, bo znam Martę z Instagrama właśnie i wyskoczyło mi: ,,selfie feminizm”. Total co, Marta jest wzorem i chyba selfie feministką (wolna kobieta, robi wszystko po swojemu i do tego wstawia piękne selfies na swój profil) Sztos!!!! To udało mi się znaleźć w sieci. Ale te najgorsze wiadomości pozostawały dla mnie tragiczną zagadką. Na szczęście napisał do mnie @gregorrozanski z odmienna myślą, ku chwale Linkiewicz. Wszystko mi wytłumaczył i podesłał link do artykułu o ,,slut-shamingu”. Wnioski po lekturze i rozmowie są takie: społeczeństwo chce by kobiety źle się czuły z powodu seksualności. A Marta co na to? Marta jest szczęśliwa. Nic się nie przejmuje, a dodatkowo pokazuje innym dziewczynom, że powinny zrobić to samo. Marta jesteś gigantką. Po analizie, jestem jej największą fanką! I jak to mówi @gregorrozanski Marta to geniuszka spontanicznego performensu, krytyczka społeczna i obyczajowa, królowa dystansu do siebie. Nikt nie zrobil tyle dla walki ze slut shamingiem w Polsce co ona! To polska Marina Abramović. Kobieta, królowa, zawstydzająca hejterów artystka! #feminizm #slutshaming #selfiefeminizm #hejt #martalinkiewicz #sarakosmos

Post udostępniony przez Sara Kosmos (@sara.kosmos)

Czujemy, że Sara zamierza stanąć z nimi w szranki, a jej tajną bronią mogą być takie perełki, jak wyznanie, że niemałą inspiracją jest dla niej Marta Linkiewicz. Sara napisała o niej: „Marta to geniuszka spontanicznego performensu, krytyczka społeczna i obyczajowa, królowa dystansu do siebie. Nikt nie zrobil tyle dla walki ze slut shamingiem w Polsce co ona! To polska Marina Abramović. Kobieta, królowa, zawstydzająca hejterów artystka!”.

Tak, ewidentnie ktoś, kto stoi za tym profilem dobrze się bawi.

Czy za rok Sara będzie nam wyskakiwać z lodówki, czy nikt nie będzie kojarzył, kto to jest – czas pokaże. Póki co własnie zapewniamy jej pewnie co najmniej kilku nowych obserwatorów, a przecież #nie_o_takich_wirtualnych_influencerów_nic_nie_robiliśmy

Instagram @sara.kosmos

Tekst: KD

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook