Pogłoski o śmierci pojęcia narodu były stanowczo przesadzone. Najlepszym przykładem jest mundial

Najbardziej dobitnym przykładem na to, że idea narodu jeszcze się nie zużyła do reszty jest… mundial, czyli największe masowe wydarzenie na świecie. Jego sednem jest bowiem właśnie rywalizacja narodów.
.get_the_title().

Nacjonalizm, wbrew obiegowej opinii, nie wiąże się wcale z poglądem, że “mój naród jest najlepszy, a obcy są wrogami”. Takie myślenie przejawiają jednostki skrajnie radykalne i niekoniecznie obeznane z intelektualnymi podstawami nurtu, który, według najbardziej popularnej definicji, oznacza postawę społeczno-polityczną uznającą naród za najwyższe dobro w sferze życia oraz polityki. Krótko mówiąc, nacjonalizm to przekonanie, że naród nie tylko istnieje w sensie metafizycznym, ale jest również wartością. I właśnie to, a nie domniemane antagonizmy, stanowi powód jego złej prasy. Dla środowisk, które chciałyby ujednolicić cały świat i zarządzać nim wedle własnego widzimisię i bez liczenia się z lokalnymi zwyczajami oraz potrzebami, nacjonalizm spowalnia postęp i stoi na drodze do realizacji ich planów.

Jeszcze niedawno zdawało się, że pojęcie narodu niechybnie trafi do lamusa. Zwrot w europejskiej polityce stanowi jeden z wielu czynników pokazujących, że pogłoski o jego śmierci były jednak stanowczo przesadzone. Najbardziej dobitnym przykładem na to, że idea narodu jeszcze się nie zużyła do reszty jest… mundial, czyli największe masowe wydarzenie na świecie. Jego sednem jest bowiem właśnie rywalizacja narodów.

Oczywiście, sukces mundialu, którego ostatni finał zebrał przed telewizorami – jak się szacuje – blisko połowę całej ziemskiej populacji, zależy od wielu zmiennych.

Jedną z nich jest piłka nożna – najbardziej popularna z gier. Jednak to właśnie mundial, a nie stojąca na zdecydowanie wyższym poziomie sportowym Liga Mistrzów, przyciąga uwagę prawie całego świata. Jak widać, to rywalizacja narodów, a nie coraz bardziej przypominających wielkie korporacje klubów, rozpala wyobraźnię zwykłych ludzi na całej szerokości globu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kilka lat temu wieszczono upadek piłki nożnej w wydaniu międzypaństwowym, w czym w polskiej przestrzeni publicznej przodował Rafał Stec z „Gazety Wyborczej”. Rosnące nakłady na rozrastające się w szaleńczym tempie rozgrywki klubowe miały ograniczyć pole manewru krajowym federacjom i stopniowo zmniejszać znaczenie spotkań między nimi. Dziś wiemy, chociażby obserwując ogólnoświatowe szaleństwo okołomundialowe, że w najbliższym czasie nie ma większych szans, by to proroctwo się ziściło.

Rozgrywki międzynarodowe, zamiast się zwijać, rozwijają się jeszcze bardziej, czego najlepszym przykładem jest startująca jesienią Liga Narodów.

Ta tendencja nie dotyczy wszystkich w równym stopniu. W niektórych krajach, w istocie, zauważalne jest odejście od postrzegania barw narodowych jako specjalnej wartości. Wystarczy chociażby przywołać kazus belgijski, gdzie społeczeństwo podzielone jest na trzy, średnio ze sobą powiązane grupy. Jednak błędem jest wyciąganie z tego przypadku daleko idących wniosków, które mogłyby rzutować na obraz całej Europy. Belgia jest państwem specyficznym, właściwie sztucznym – to, że jeszcze istnieje, zawdzięcza ustaleniom między imperialnym mocarstwom, które w 1830 roku zrobiły sobie z niej strefę buforową. Ten i tak mały kraik składa się z niderlandzkich Flamandów i frankofońskich Walonów, a także z nieprzebranej rzeszy imigrantów z całego świata. Rozczłonkowanie Belgii ma swoje reperkusje zarówno w wymiarze politycznym, kiedy poszczególne wspólnoty nie potrafią znaleźć wspólnego języka i dogadać się w kwestii utworzenia rządu, jak i piłkarskim – gdy piłkarzom, bez wątpienia wybitnym, powoływanym do belgijskiej kadry, nie udaje się osiągać spodziewanych wyników. Klasyczny przypadek, w którym są świetni zawodnicy, ale nie ma drużyny. W dużej mierze dzieje się tak przez brak dodatkowej mobilizacji związanej z honorem reprezentowania własnego narodu. Narodu, który w przypadku Belgii – państwa sztucznego, będącego efektem ubocznym imperializmu, mającego w dodatku potworną zbrodnię na sumieniu (wymordowanie blisko 10 mln Kongijczyków przez wojska króla Leopolda) – nie istnieje.

Przykład belgijski jest więc z jednej strony potwierdzeniem tezy zawartej w tytule artykułu, który ukazał się u nas w marcu – W Europie państwa tracą na znaczeniu na rzecz regionów. Wpływa to także na piłkę nożną – ale z drugiej udowadnia tylko, ile w dzisiejszym świecie znaczą prawdziwe więzi narodowe. O tej dychotomii pomiędzy pojęciami państwa i narodu świadczą również przytoczone w tym samym tekście przypadki Katalonii i Padonii. Wprawdzie te separatystyczne regiony dążą do odłączenia się od swoich państw, jednak w całym zamieszaniu chodzi przecież o emancypację narodów, które czują – nie bez przyczyny – odmienność względem reszty kraju.

Swoistym wyjątkiem od reguły jest tutaj Francja, w której panuje tendencja odwrotna od tej zauważalnej w reszcie świata. Nad Sekwaną rzeczywiście zauważalne jest odejście od celebrowania wspólnej, francuskiej tożsamości.

Wynika to głównie z tego, że dla sporej części obywateli republiki przestała być ona wspólna, głównie przez przekroczenie krytycznej bariery napływu imigrantów. Jeszcze dwadzieścia lat temu, podczas turnieju organizowanego nad Sekwaną, piłkarze francuskiej kadry aż puszyli się z dumy związanej z reprezentowaniem trójkolorowych barw, choć w zdecydowanej większości również byli imigrantami. Dwie dekady niekontrolowanego przyjmowania ludzi z byłych kolonii sprawiły, że francuska tożsamość się rozmyła – do tego stopnia, że podczas ostatnich mistrzostw Europy, również odbywających się we Francji, sami Francuzi nie przyznawali się nawet do kibicowania swojej drużynie, a piłkarze stwierdzali, że nie czują żadnego związku ze swoim narodem.

Takie rozmycie się tożsamości nie ma prawa się wydarzyć w Niemczech, choć i ten kraj doświadczył w minionych dziesięcioleciach olbrzymiego napływu imigrantów. Nie ma prawa, ponieważ nasi zachodni sąsiedzi, niejako z konieczności, dostosowali swoją tożsamość do zmieniających warunków, a przede wszystkim wyrugowali z niej etniczny szowinizm. Zgodnie z polityczną poprawnością o obywatelu RFN pochodzenia tureckiego nie można powiedzieć Turek, ani nawet Niemiec tureckiego pochodzenia. Dla Niemców jest on Niemcem. Koniec kropka. Mogłoby się wydawać, że nad Renem wyzbyto się nacjonalistycznych tendencji, jednak jest to wrażenie złudne, bowiem dumę z rzekomej wyższości biologicznej i cywilizacyjnej, zastąpiono tam poczuciem, które można byłoby określić słowami “dumni z tego, że nie są dumni”. I bardzo mocno pilnuje się, by było ono powszechne.

To tylko skrawek z jakże pięknej mozaiki, z którą mamy do czynienia w czasie mundialu. Niezależnie od podejścia do narodowej tożsamości w różnych państwach uczestniczących w mistrzostwach, w przeważającej większości chodzi o to samo, czyli odpowiedź na pytanie: jak sobie poradzą nasi?

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook