Magazyn Porażka: System podatkowy już nie działa, więc cwani biorą wszystko

Miliardy niezapłaconych podatków to nie tylko drapanie z tyłu głowy, złość, że większym można więcej, naruszone zaufanie do instytucji publicznych oraz erodujące zaufanie społeczne. To stracone dziesiątki, setki miliardów dolarów rocznie, które nie zostały przeznaczone na szkoły, szpitale, drogi, uniwersytety i walkę ze smogiem – pisze Kamil Fejfer z Magazynu Porażka, komentując słowa Josepha Stiglitza, który na forum ekonomicznym w Davos przyznał, że obecny system podatkowy nie działa w zglobalizowanym świecie.
.get_the_title().

Chciwość nie jest dobra. Choć pewnie jest normalna. Ogromna większość z nas jest choć trochę łasa na hajs. Nic w tym dziwnego – za hajs można sobie kupić wygodę i przekupić niepewność. Można pojechać na wakacje, kupić sobie samochód, wyremontować mieszkanie. Problem pojawia się, gdy chciwość się rozpędza i nie istnieją bariery, żeby ją zatrzymać. To prowadzi do świata, w którym kilka, albo kilkanaście osób ma majątki równe majątkom najbiedniejszych 3,7 mld ludzi. Do świata, gdzie szef jednej z pięciu najważniejszych marek modowych zarabia w 4 dni tyle, ile szwaczka szyjąca ubranie jego firmie zarabia przez całe życie; do świata, gdzie 82 proc. wytworzonego w ciągu roku bogactwa trafia do 1 najzamożniejszego procenta, a 50 proc. najbiedniejszych nie dostaje żadnej premii z rosnącego bogactwa, chociaż w dużej mierze to oni to bogactwo wytwarzają.

Do hamowania tego typu ekscesów rozbestwionego rynku służą na przykład mechanizmy fiskalne w postaci podatków. Zarówno na poziomie osób fizycznych, jak i na poziomie firm. A przynajmniej powinny służyć. Jednak, jak zauważa noblista Joseph Stiglitz, dzisiejszy system podatkowy po prostu w globalnej gospodarce nie działa. W 2014 roku Apple zapłacił 0,005% w Irlandii, którą niektórzy nazywają nowym europejskim rajem podatkowym. Google zapłaciło jeszcze mniej. Amazon zapłacił 11 razy mniejszy podatek niż tradycyjni księgarze w Wielkiej Brytanii. Świat w ten sposób urządzony jest nieznośnie niesprawiedliwy. W jaki sposób mniejsze firmy mają konkurować z obrzydliwie bogatymi megakorpami, które nie tylko mają wagony pieniędzy na innowacje w zarządzaniu, ale stać je na najdroższych prawników, którzy zrobią czary mary, aby ich zleceniodawcy nie płacili niemal w ogóle podatków? Przecież megakorporacje (ale też zamożne osoby fizyczne) wykorzystują infrastrukturę państw, w których zarabiają ogromne pieniądze: ich produkty są przewożone drogami, które najpewniej były zbudowane za publiczne pieniądze, pracują w nich ludzie, którzy uczyli się w publicznych szkołach i leczą się w przynajmniej częściowo publicznej służbie zdrowia. Korpa po prostu jeżdżą na gapę.

Ale miliardy niezapłaconych podatków to nie tylko drapanie z tyłu głowy, złość, że większym można więcej, naruszone zaufanie do instytucji publicznych oraz erodujące zaufanie społeczne. To stracone dziesiątki, setki miliardów dolarów rocznie, które nie zostały przeznaczone na szkoły, szpitale, drogi, uniwersytety i walkę ze smogiem. To świat, w którym cwaniacy zabierają (niemal) wszystko, a normalsi żrą okruchy.

Nie ma znaczenia, że tort rośnie i wszyscy się bogacą: jedni bogacą się wolniej, a inni szybciej.

Po pierwsze: nie bogacą się wszyscy – Oxfam mówi, że bogacą się głównie najbogatsi, a połowa nie bogaci się w ogóle. Ale nawet gdyby bogacili się wszyscy, tylko jedni (wiele razy) bardziej niż inni, to nie ma to znaczenia. Gospodarujemy zasobami dostępnymi dzisiaj, a nie za 3 dekady. Oznacza to, że jeżeli ktoś weźmie większy kawałek (na przykład 82 proc. tortu), to reszcie zostanie 18 proc. Nawet jeżeli tort urósł od zeszłego roku. Jakby jedni dostali 60, a reszta 40, to ci pierwsi – i tak bogaci – dostaliby trochę mniej, ale biedniejsi dostaliby 2 razy więcej. Jeżeli postrzegamy gospodarkę w czasie, to rzeczywiście nie mamy do czynienia z grą o sumie zerowej. Ale w konkretnym momencie dzielimy ograniczone zasoby, a nie zasoby, które zostaną wyprodukowane za 50 lat.

Tę dysproporcję można sobie przekładać z jednej strony na kolejne zbędny jachty, albo pompowanie grubych miliardów w fundusze hedgingowe, a z drugiej na brak środków na pracownie rezonansu magnetycznego, czy płatny urlop.

Nierówno dzielony tort, to z jednej strony wille ze ścianami z futrem z norek, z drugiej miliony osób czekających miesiącami w kolejkach do lekarzy.

Przynajmniej część z tych problemów można ograniczyć. Nie chodzi o to, żeby wywieźć na taczkach CEOs spółek giełdowych, którzy w USA zarabiają 350 razy więcej od statystycznego pracownika. Na ich miejsce przyszliby kolejni. Nie wierzę w to, że można ograniczyć nierówności, licząc na dobre serca i przyzwoitość ludzi. Bo pokusa nieprzyzwoitego, milionowego (miliardowego) zysku niemal zawsze wygra, bo presja konkurencji, a jeśli nie grasz według ustanowionych reguł gry, to wypadasz z rynku.

Chodzi o bariery dla chciwości. O to, żeby się za bardzo nie rozpędziła, bo to szkodzi wszystkim. Wspomniany już Joseph Stiglitz proponuje, żeby wprowadzić globalny podatek na megakorporacje na poziomie 15-20 proc. Niemożliwe? W latach 60. w 8 lat udało się przygotować wyprawę na księżyc, dysponując mocą obliczeniową zbliżoną do mocy obliczeniowej dzisiejszych chipów w kartach kredytowych. Richard Feynman mówił, że gdyby bombę atomową wymyślono w erze komputerów, nikt by nie wierzył, że można byłoby ją stworzyć, licząc tylko na papierze. A się udało. Jeżeli fejsbuczek potrafi prognozować nasze zachowania lepiej niż my, to pewnie nie jest niemożliwym opodatkowanie korpów.

Zdjęcie główne: AFP Photo / Spencer Platt / AFP

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook