Dobry kibol ładnie śpiewa, zły kibol odzywa się nieproszony

Przez kraj przetaczają się właśnie bluzgi w związku z postawą kibiców Lecha podczas meczu z Legią i przerwaniem przez nich tego, decydującego o losach mistrzostwa Polski spotkania. Nierzadko bardziej niecenzuralne od tego, co możemy usłyszeć na odżegnywanych od czci i wiary trybunach. Sądzę, że nagonka na nich jest zdecydowanie przesadzona. I nie, to nie jest tekst o tym, jak różni są kibice piłkarscy, bo to truizm.
.get_the_title().

Doniesienia o kolejnych zatrzymaniach kibiców zamieszanych w przerwanie niedzielnego meczu, pojawiały się na twitterze Andrzeja Borowiaka, oficera prasowego wielkopolskiej policji, niczym odcinki reality show. Rzecznik poznańskich “szkiełów” z przekąsem i ironicznie, informował o kolejnych ujętych chuliganach. Wyliczanka zatrzymała się na razie na 26 zatrzymaniach i 17 zarzutach, ale nikt, kto brał udział w niedzielnych rozróbach na stadionie przy ul. Bułgarskiej, nie może spać spokojnie. W końcu jak pisał w jednym tweecie mł.insp. Borowiak – “Mamy jeszcze trochę wolnych miejsc w areszcie. A noc jest długa…”. Ta popisowa akcja, z lekkim, humorystycznym akcentem, nie powinna nikogo dziwić. Wszak wsadzenie bandytów, co “rozwalają stadion” do paki, jest realizacją vox populi, z drugiej strony zaś, nie można w tym przypadku uciekać w zbyt poważne tony, bo też… co tak naprawdę się stało?

Fakt, na Inea Stadionie doszło do rozróby, a sprawcy tego ambarasu bezsprzecznie złamali prawo. Rzeczywiście, działo się to na oczach całej Polski, bo ten przykry widok transmitowała telewizja publiczna, co nie mogło przysporzyć polskiej piłce dodatkowych fanów. Zwłaszcza wśród oglądających ją z braku laku januszy i grażyn. I faktycznie,

za te chuligańskie wybryki, chuliganom należy się kara – zarówno indywidualna, jak i zbiorowa. Kara, z którą musieli się oni liczyć, decydując się na przemycenie najbardziej dymiących świec dymnych, jakie tylko znaleźli w swoim arsenale.

Bo to była decyzja – podjęta na zimno, a nie w afekcie. Podjęta przez kibiców, którzy przez lata trzymają w ryzach największą publikę piłkarską w kraju, urzędującą na stadionie słynącym z tego, że co mecz na trybunach zapełnia się setkami wielopokoleniowych rodzin. I te rodziny czują się na nim zupełnie bezpiecznie!

Burzliwe wydarzenia towarzyszące kończącemu rywalizację o prymat w Polsce spotkaniu tylko pozornie przypominają zamierzchłe lata 90., czyli czasy, w których płonęły stadiony. Tym razem ogień był wyłącznie “sztuczny”, straty materialne spowodowane przez kibiców – minimalne; nikomu z uczestników zajść nie stała się krzywda; pomimo przerwania ogrodzenia i obecności wielu tysięcy ludzi na trybunie, na płytę boiska wybiegło co najwyżej 50 chłopa. Zdaję sobie sprawę, że większość obserwujących te sceny orzekła bez cienia wątpliwości, że ma do czynienia z debilami i troglodytami; kilku oświeconym i pokojowo z gruntu usposobionym ludziom wyrwało się zapewne tradycyjne: “hołota do gazu”. Nie tylko ów karygodny okrzyk, ale i całe to polowanie na kibola jest jednak odrobinę przesadzone.

Doprawdy, nie mają najlepszej prasy rodzimi fanatycy, na co sobie po trosze zapracowali. Ale tylko po trosze. Większość hejtu, który spływa na tę grupę społeczną, bierze się jednak z histerii nakręcanej od wielu lat przez media.

Mainstream życzy sobie kibica sformatowanego do postaci piknika, który mecz traktuje utylitarnie i wyłącznie rozrywkowo, na równi z wizytą w kinie i w aquaparku.

I oczywiście, właśnie tak wygląda model większości z piłkarskich kibiców. Ale miejsca na stadionie starczy dla wszystkich rodzajów sympatyków futbolu. Ba, żadna z tych grup społecznych nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie.

Są z pewnością zajęcia ciekawsze od oglądania 22 facetów uganiających się za piłką. To co nadaje futbolowym spektaklom specjalnej mocy i odróżnia od obfitujących w zaskakujące, choć starannie wyreżyserowane zwroty akcji hollywoodzkich superprodukcji, to właśnie kontakt z rzeczywistością i świadomość, na ile żywotów wpływa ta z pozoru bezsensowna przepychanka. Choć rozgrywka, z którą mamy tu do czynienia dzieje się w zamkniętym polu i przedziale czasowym, według ściśle określonych reguł i pomimo iż przecież chodzi o zabawę

– magia futbolu polega właśnie na ładunku kulturowym, który ten ze sobą niesie. Gdyby nie towarzyszący mu kontekst, nie byłoby w nim nic więcej ponad to uganianie się za piłką.

A ów kontekst nie byłby tak obfity, gdyby nie ludzie, którzy traktują to wszystko naprawdę poważnie.

Fajnie jest się przejść na mecz i poczuć ten klimat, co? Rozśpiewane trybuny, kołyszące się w takt żywiołowych hymnów, chwytają za serce, prawda? Ale jak ci nakręcający atmosferę fanatycy na chwilę tylko wyjdą ze swojej śpiewającej roli, opuszczając przydzielone im miejsce, stają się od razu bydłem? Jeśli tak, to muszą być nim cały czas, także w tych podniosłych momentach, kiedy potrafią porwać swoim śpiewem dziesiątki tysięcy pozostałych uczestników widowiska. Bydłem, które ma jasno określone przeznaczenie, obowiązki, do których należy dostarczanie podniety, dodawanie śmiałości, nam, zwykłym zjadaczom piłki. Ponadto dobrze byłoby, gdyby od czasu do czasu wymyślili nowe przyśpiewki, przygotowywali budzące podziw oprawy, organizowali akcje społeczne.

Przez lata kibole Lecha wywiązywali się wzorowo z tych zadań i chętnie pochylali głowy, byśmy mogli ich pogłaskać za to, jak bardzo się ucywilizowali i jak zadbali o bezpieczeństwo na stadionie.

Zdarzały im się wpadki albo kontrowersyjne zachowania – wystarczy wspomnieć chociażby szowinistyczny baner skierowany do Litwinów (“Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”). Jednak stadion przy ul. Bułgarskiej pod względem bezpieczeństwa od lat jest ostoją normalności. Spora w tym zasługa umowy zawartej pomiędzy trybunami, a zarządem klubu, którą to założenia poznańscy kibice skrzętnie wypełniali, pilnując porządku na obiekcie i zapewniając spokój we własnych szeregach.

Po brawurowym przerżnięciu szans na mistrzostwo przez drużynę Kolejorza, jasnym stało się, że ta umowa zostanie zerwana. I nie chodzi nawet o to, że piłkarzom powinęła się noga, co w sporcie zdarza się nagminnie i jest niejako jego esencją. Tego nikomu nie trzeba przypominać, a zwłaszcza kibicowi poznańskiemu, który zwykłych porażek musiał w ostatnich latach przełknąć co nie miara.

W stolicy Wielkopolski nawet nieliczne sukcesy okazywały się zapowiedzią niechybnych kompromitacji w postaci blamażu w europejskich pucharach albo serii porażek, które przed dwoma laty przysporzyły Lechowi miano najgorszego krajowego mistrza wszechświata.

Nie, błędów i wypaczeń było zbyt wiele, by inteligentny człowiek mógł nie wyciągnąć z nich pewnych zależności. Człowiek któremu zależy, nie może przejść też wobec takiej “serii niefortunnych zdarzeń” obojętnie.

Lech dla Poznania jest “mes que un club”, całe miasto żyje perypetiami chłopaków, co biegają w niebiesko-białych trykotach. Poznaniacy naprawdę kochają swoją drużynę; pasjonują się jej historię, przeżywają teraźniejszość, martwią się o przyszłość. Wreszcie, sympatycy KKS-u zupełnie słusznie uważają, że zrobili wszystko, co mogli, by ten klub przynajmniej włączył się na poważnie do walki o najwyższe cele. To dzięki ich pasji, kierownictwu udało się stworzyć najzdrowszy organizm w polskim futbolu, o solidnych biznesowych podstawach. Świadomość, że w tym pędzie do idealnego komercyjnego modelu zapomniano o najważniejszym, była przez jakiś czas dołująca, teraz zwyczajnie wkurwia. I nie chodzi tu bynajmniej o gratyfikacje finansowe. To sprawa honoru.

Kibole Lecha wystosowali oświadczenie, w którym tłumaczą, że ich wybryk, bardziej niż chuligańskim aktem, był formą protestu. Protestu, który przyjął formę, jaką przyjął – z bezsilności i braku innych narzędzi wywarcia wpływu na zarząd. Protestu, który przebiegał pod ścisłą kontrolą i nawet nie zbliżył się do przeistoczenia w coś naprawdę niebezpiecznego. Poznańscy fanatycy biegając, jak goryle w klatce, po płycie boiska, powiedzieli ni mniej, ni więcej, tylko – “Myśmy swoje zrobili, dlaczego wiecznie gracie z nami w ciula i igracie z tym, co dla nas ważne?”. A że w tak prymitywny sposób? Cóż, nie od dziś wiadomo, że ta kultura jest mocno atawistyczna i w tym własnie tkwi jej moc.

Obserwowany przeze mnie kibic Górnika, kumaty gość i bynajmniej nie żaden troglodyta, zaraz po meczu napisał tweeta, pod którym mógłbym się podpisać obiema rękoma.

“(…) od tego są ekipy w klubach, a nie od lania się po lasach. LPH zawalczyło dzisiaj o dobro klubu. Tylko ludzie, dla których klub to źródło krótkotrwałych emocji tego nie rozumieją”.

Gwoli ścisłości, sam bym tego nie zrobił, nie jestem chuliganem, a pasjonatem piłki, obserwatorem, może nawet filozofem futbolu. Nie miałbym też cienia satysfakcji, gdyby komuś w wyniku tej rozróby stała się jakaś krzywda. Ale nikomu nic się nie stanie, tak jak nikomu nic się nie stało przez ostatnie lata, kiedy kibicowska wierchuszka sumiennie wywiązywała się z obowiązku zapewnienia porządku na stadionie. Ot, dużo dymu, ale tak naprawdę… ulga.

Tak, może i wstyd się przyznać, ale poczułem ulgę. Podobnie pewnie jak i wielu ludzi, którzy żyją losami niebiesko-białych i liczyli na coś więcej niż realizację minimalistycznego planu dostania się do eliminacji europejskich pucharów.

W głębi ducha byłem wdzięczny tym “bandytom”, z tej “swołoczy”, że nie musiałem słuchać ostatniego gwizdka, po którym piłkarze Legii unieśliby ręce w geście triumfu, rozpoczynając świętowanie mistrzostwa Polski na naszym świętym skrawku ziemi przy ul. Bułgarskiej.

Gwizdka, po którym pewnie wziąłbym pilota i dusząc złość, przełączyłbym na inny kanał, udając, że nic się nie stało, że to nie jest wcale takie ważne, że co mnie to obchodzi…

Gęsty, szary dym z rac, unosząc się nad “Kotłem”, przypomniał mi, że jest wręcz przeciwnie, że są jeszcze rzeczy, które są po prostu ważne. Futbol nie jest sprawą, w imię której biegałbym z zapaloną racą i dziką furią, przepychając się z jakimiś ludźmi. Ale jak zaszłaby taka potrzeba, to pewnie okazałoby się, że i ja mam coś takiego.

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook