Nowy rok bez kinowej wtopy

Nie ma chyba osoby, która chciałaby zacząć nowy rok od nieudanego kinowego seansu. Na szczęście sezon Oscarowy trwa w najlepsze i obfituje w wiele ciekawych pozycji. Przedstawiamy wam listę filmów, z którymi warto wejść w 2019 rok.
.get_the_title().

„Spider-Man Uniwersum”, reż. Bob Persichetti, Peter Ramsey i Rodney Rothman

Co prawda nowy Spider-Man już chwilę gości na ekranach kin, ale jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji go zobaczyć, niech się nie waha. Można nie lubić animacji, można nawet nie chwytać historii o człowieku ugryzionym przez radioaktywnego pająka – to nic, bo ten film i tak się spodoba. Łączące siły trio reżyserów i odpowiedzialny za scenariusz Phil Lord stworzyli obraz ponadczasowy, który mimo że wygląda na bajkę dla dzieci, jest rozrywką dla każdego.

Świetnie zbudowani bohaterowie, błyskotliwe dialogi i idealnie wyważone emocje sprawiają, że jest tu wszystko, czego w kinie potrzeba.

Zabawne momenty śmieszą, smutne wzruszają, trzymamy kciuki za bohaterów, tych super i tych zwyczajnych, jak tata Milesa – tytułowego Spider-Mana, a za sprawą świetnej ścieżki dźwiękowej możemy się do tego jeszcze pobujać. Jeśli chodzi o samą animację, od ostatniego „Sin City” żaden film tak świetnie nie oddawał charakteru komiksu. Kreska nie jest tu perfekcyjna – jest chropowata, a ilość klatek na sekundę zmniejszona, ale to właśnie czyni tę animację idealną. Znawcy zeszytów o Peterze Parkerze znajda tu dla siebie mnóstwo smaczków, bo film to ester eggową jajecznica. A reszta? Będzie się po prostu świetnie bawić! Na koniec pozostaje tylko podziękować Sony za ten uścisk dłoni z Marvelem i jego owocny efekt.

„Płomienie”, reż. Chang-dong Lee

Do kin studyjnych warto wybrać się na koreańskie „Płomienie”. Film jest jednym z konkurentów „Zimnej wojny” w walce o Oscara. Reżyser Chang-dong Lee powrócił z emerytury, aby zaadaptować japońskie opowiadanie „Bad burning”. Nic w tym dziwnego, bo ta romantyczna historia o thillerowym zabarwieniu wciąga, pozostawiając widza z pytaniem: jak wiele w naszym życiu jest sprawą przypadku i zbiegu okoliczności?

Główny bohater spotyka po latach koleżankę, w której za czasów szkolnych był zakochany. W nowych okolicznościach spotkanie zamienia się w bliższą znajomość.

Dalszy bieg wydarzeń powoduje jednak niespodziewany zwrot, a miłosna bańka pęka. Reżyser, zgrabnie posługując się filmowymi środkami wyrazu, tworzy obraz niezwykle subtelny, w którym najcenniejsze staje się to, co niedopowiedziane.

„Mój piękny syn”, reż. Felix Van Groeningen

Fani Timothée Chalameta na pewno nie będą zawiedzeni kolejną produkcja z jego udziałem. „Mój piękny syn” to opowieść o rodzicielstwie, ale ukazana na ekranie relacja ojca – wziętego dziennikarza z synem – równie uzdolnionym pisarsko, ale walczącym z narkotykowym nałogiem, nie jest tutaj obrazem konfliktu. To pokaz wielkiej miłości wystawionej na próbę, ale jednocześnie nigdy nie poddanej w wątpliwość.

Choć można pomyśleć, że to kolejna historia chłopaka który miał wszystko ale źle skończył, film Felixa van Groeningena zdaje się odkrywać zupełnie nowe oblicza rodzinnej tragedii.

Skupiając się na relacji ojciec-syn, porusza najbardziej emocjonalne struny i w niczym nie przypomina narkotykowego upodlenia rodem z „Trainspooting”. Filmowy ojciec zadaje sobie pytanie „co zrobiłem nie tak?” i zaciekle szuka na nie odpowiedzi.

Green book, reż. Peter Farrelly

Jeśli macie to szczęście i w pobliskim kinie przedpremierowo pokazywany jest nowy film Petera Farrellyego, stańcie w kolejce po bilet. I niech nie zwiodą was poprzednie tytuły tego reżysera. O ile „Głupi i głupszy” czy „Sposób na blondynkę” nie były propozycjami z najwyższej półki, „Green Book” to już zupełnie inna bajka.

Bohaterów filmu, czarnoskórego jazzowego pianistę i jego białego szofera, zdaje się dzielić wszystko, jednak powoli, z biegiem kilometrów spędzonych w błękitnym Cadillacu, dystans maleje.

Mimo odwrócenia ról rodem z „Wożąc Panią Daisy”, problemy na tle rasowym nadal pozostają aktualne. Tytułowa Zielona książka to lista miejsc, w których toleruje się obecność czarnoskórych. Reżyser, mimo podjęcia poważnego tematu, nie rezygnuje ze swojej komediowej natury i daje aktorskiemu duetowi Mortensen-Ali oręż w postaci humoru, dzięki czemu historia nie jest zbyt przytłaczająca, a idealnie wyważona. Jako bonus – Mortensen mówiący po włosku, bellissimo!

Tekst: Justyna Skowron

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook