Nowa Nosowska? – Ja pas

Dziwne rzeczy dzieją się ostatnio z ikoną polskiej muzyki alternatywnej, wielokrotną laureatką Fryderyków i być może najlepszą żyjącą autorką tekstów. Flirt z mainstreamem trwa w najlepsze i skutkuje niestety najgorszą solową płytą w karierze artystki.
.get_the_title().

Kiedyś Nosowska stroniła od mediów i celebryckich spędów, nie bywała w programach telewizyjnych, nie mówiła o sobie wiele. Teoretycznie teraz także tego nie robi, ale showbiznes potrafi pochłonąć każdego – nawet tego, który przed nim ucieka.

Za sprawą instagramowego profilu Kasi, na którym w dowcipny sposób komentowała współczesną rzeczywistość popkultury i mediów społecznościowych, zrobiło się o niej bardzo głośno, po raz pierwszy nie ze względów muzycznych.

Deformujące twarz i głos filtry dodawały klipom dowcipnego charakteru, a treści wygłaszane przez artystkę gorzko komentowały różnego rodzaju absurdy mediów. Kanał stał się tak potrzebną przeciwwagą do lifestyle’owych blogów i videoblogów fit-celebrytów i perfekcyjnych pań domu. Nosowska mówiła głosem zwyczajnej kobiety, potrafiącej się przyznać do tego, że nie jest w stanie sprostać wymogom współczesności. Stąd też niespodziewanie stała się orędowniczką tysięcy Polek, które po latach życia z poczuciem niedopasowania do wirtualnych standardów, poczuły się pewniej, bo oto sławna kobieta ma takie problemy jak oni. I jeśli rzeczywiście piosenkarka pomogła niejednej osobie, to jej instagramowa działalność jest jak najbardziej OK.

Basta

Gorzej, że zachłyśnięcie się internetem i memową estetyką ma też wpływ na jej główną twórczość, czyli na muzykę. Od ostatniego solowego krążka artystki „8” minęło już siedem lat. Długa przerwa plus ewidentne zmiany stylu przyniosły rezultaty, z których wielu nie będzie zadowolonych. Singiel „Ja pas” nie był jeszcze taki zły – electropopowa, w duchu feministycznych odłamów tego gatunku, piosenka zaprezentowała artystkę w agresywniejszej formie, a wszechobecna w jej karierze solo elektronika przybrała tu barwy wojenne.

Cała reszta płyty pod tytułem „Basta” jest już niestety dużo gorsza, sprawia bowiem wrażenie robionej pod dyktando trendów, jakby Nosowska bardzo chciała być na czasie i zapytała się swojego syna: „Czego to ta młodzież teraz słucha?”. Tak zapewne też było, gdyż piosenkarka mówiła w wywiadach, że syn podrzuca jej różne rapowe płyty, a i w jednym z utworów na „Baście” sam rapuje.

Krzykliwa muzyka miała zapewne współgrać z ostrymi tekstami, ale i tutaj autorka trafia kulą w płot.

Abstrahując od tego, że jak zwykle Kasia porusza poważne tematy traum, przemocy psychicznej i samotności w stresowych sytuacjach, to zwyczajnie tracą te teksty na tle innych jej dzieł. Brakuje tej specyficznej neurotyczności i atmosfery niedomówień, z której słynęła. W zamian dostajemy uproszczenia, wulgarny język, toporne metafory – przywołuje to skojarzenia z dresiarskim stylem Doroty Masłowskiej, a przecież Nosowska była zupełnie inną ligą. Weźmy taki fragment:

A że słońce napierdala… że gorąco i poty…
A że piździ i z zimna klekoczą im kości…
Że Taco był spoko, za to teraz chujowy…
Że ta książka to syf a Smarzowski się kończy…

Kartezjusz pierdolił. Teraz, gdzie oko poślesz: mam problem, więc jestem
A ja kurwa mam dosyć…

Gdzie to się ma do takich poetyckich, a przy tym zwyczajnie po ludzku mądrych i zwięzłych zdań, jak „Noc została wymyślona po to,
żebyś mógł bez trudu oswajać się z ciemnością, która wkrótce już nadejdzie”? Parę zgrabnych fraz też się na „Baście” pojawia, ale co z tego, skoro giną w tłoku męczących dźwięków i histerycznej reszty?

Oczywiście można tu zadać pytanie, czy lepiej by było, gdyby Nosowska nagrywała wciąż te same płyty, trzymając się na siłę tych samych patentów, które opracowała już dawno? Czy może lepiej, żeby odcinała kupony od sławy, tworząc covery Osieckiej, symfoniczne wersje piosenek Heya itp.? Na pewno nie! Jest mnóstwo artystów, którzy tak właśnie robią i na pewno zadowala to mało wymagających fanów, ale zamyka też drogę do zdobycia nowych i straszliwie ogranicza. Jest jeszcze trzecia droga – można tworzyć muzykę zanurzoną w przeszłości, ale ubarwioną współczesnymi brzmieniami, subtelnie urozmaicaną. Tak robiła to do tej pory, taka była płyta „8” – szlachetna, dojrzała, idąca z duchem czasu, ale zachowująca przy tym styl Nosowskiej. Taka jest też choćby nowa piosenka innej wielkiej gwiazdy polskiej muzyki lat 90. Edyty Bartosiewicz.

Jeden z filarów polskiej muzyki, ceniony zarówno przez konserwatywnych fanów rocka jak i przez hipsterów, zalicza dziś dziwny skok w bok. Może jednak oznacza to uzyskanie nowej publiczności?

Tekst: Michał Weicher

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook