5 powodów, dla których „Avengers: Wojna bez granic” na zawsze zapisze się w historii blockbusterów

Z perspektywy ponad dwóch miesięcy jeszcze lepiej widać, że „Infinity War” już teraz zapewniło sobie miejsce w annałach mainstreamowego kina.
.get_the_title().

Filmy o superbohaterach sygnowane marką uniwersum Marvela zupełnie zawładnęły mainstreamowym kinem w dobiegającej powoli końca dekadzie. Okazały się kurą znoszącą złote jaja, choć jednocześnie kurą nad wyraz wygodną i rozpieszczoną. Jak inaczej określić bowiem fakt dość szybkiego okopania się w zamkniętej, intuicyjnej formule (czyt. leniwego przesiadywania na grzędzie) i czerpania z niej następnie gigantycznych zysków (czyt. wsuwania smakowitej paszy)? Aż tu nagle pojawiło się „Avengers: Wojna bez granic” i… wystrzeliło nas w kosmos. Kura zniosła strusie jajo.

A tak bardziej na poważnie. Ponad dwa miesiące po premierze, gdy emocje już odrobinę opadły i opowieść o zmaganiach herosów z Thanosem bardziej wspominamy niż przeżywamy, postanowiliśmy sprawdzić, czy ciesząca się na IMDb oceną 8,7 na ponad 400 tys. głosów (!) produkcja Joe i Anthony’ego Russo rzeczywiście z marszu usadowiła się już wśród najlepszych blockbusterów w historii kina. Oto 5 powodów, dla których naszym zdaniem mamy do czynienia z dziełem w swej konwencji absolutnie wybitnym.

1. Sceny walki zapierające dech w piersiach

To właśnie dla tak realizowanych ekranowych bijatyk technologię warto popychać do przodu. Liczba wizualnych bodźców, którymi bombardują nas twórcy, czy raczej bohaterowie, w trakcie kolejnych, coraz bardziej wymyślnych potyczek, może przyprawić o zawrót głowy. Supermoce postaci nieustannie krzyżują się w przedziwnych konfiguracjach, a w scenach batalistycznych akcja toczy się często wielopoziomowo, tak że trudno chwilami nadążyć za tym, co dzieje się na ekranie. No bo jak nadążyć, jak tłucze się pięciu, a każdy robi coś, co w innym tego typu filmie byłoby kulminacyjnym pomysłem, zaś tu wystarczyło zaledwie na drugi plan. Dodatkowego klimatu obrazkom nadaje świetny montaż dźwięku i budujący atmosferę soundtrack.

2. Idealne zbilansowanie humoru i grozy

Większość poprzednich marvelowskich filmów cierpiało na ten problem, że albo były zbyt poważne, co wyzwalało zbędny patos, albo na tyle rozrzedzane żartami, że ciężko było brać wydarzenia na ekranie na poważnie.

W obu przypadkach bardzo burzyło to immersję. Tutaj nastrój i fabuła są wycyzelowane po prostu perfekcyjnie. Żarty i gry słów sypią się jak z rękawa, ale jednocześnie bez najmniejszego zgrzytu idą ręka w rękę z przejmującymi czy budzącymi grozę wydarzeniami i tragediami. A taka umiejętnie serwowana huśtawka emocjonalna w kinie akcji to przecież to, co na widza działa najbardziej.

3. Ciągła akcja i nieustanne mruganie do widza

Budowanie nastroju, by za chwilę zanurzyć się w wirze akcji? Zapomnijcie, to nie ten adres. W „Avengers: Wojna bez granic” działa to na odwrót. Akcja, akcja, akcja, chwila przerwy i znów ruszamy do boju. A że we wspomnianych chwilach przerwy (i nie tylko) twórcy wielokrotnie w inteligentny sposób puszczają do widza oko, zaburzając konwencjonalną narrację np. słownymi potyczkami potężnych bohaterów o jakieś kompletne bzdury, nuda praktycznie nie występuje. Jak ładnie podsumował to w swojej entuzjastycznej recenzji Michał Walkiewicz: „monstrualny kicz zamienił się w popkulturowy katechizm naszych czasów” .

4. Sfera wizualna

Kolejne odwiedzane przez bohaterów lokacje prezentują się – co w sumie logiczne, biorąc pod uwagę ich kosmiczne położenie – nieziemsko. Dystopijne wizje zniszczonych planet, magiczne stworzenia i rasy, statki kosmiczne, artefakty, miejsca kaźni i tortur, surrealistyczne krainy. To tylko niektóre z czekających na nas atrakcji. Co więcej – to, co dzieje się na Ziemi wcale nie odstaje!

5. Psychologiczna złożoność postaci

Nie można tu liczyć także na psychologiczną czerń i biel. Większość bohaterów ma mocno poszarpane życiorysy, co silnie odbija się na ich postępowaniu i decyzjach.

Ogólny podział na dobrych i złych jest oczywiście jasny, ale im bardziej zagłębiamy się w szczegóły, tym bardziej widać, że nawet za najwięksi z łotrów mają jakieś logiczne motywacje. Nie chcemy przesadnie spoilować, ale gdzieś w tle przewijają się tu liczne wątki dotyczące wielu kłopotliwych moralnie zagadnień związanych choćby z ekologią czy przyrostem naturalnym. Główny antagonista rysuje się zaś jako ten, który przy skomplikowanych problemach ma kilka prostych odpowiedzi na to, jak uczynić wszechświat szczęśliwszym. Tyle że, jak to często bywa w takich przypadkach, to prawie nigdy nie jest właściwa recepta.

6. Peter Dinklage w roli krasnoluda (a nie, miało być 5, ok, to kończymy)

Można snobować, można na co dzień śledzić kino głębokie, egzystencjalne, dotykające duszy, co zresztą bardzo polecamy, bo wieczory z Tarrem, Bergmanem czy Tarkowskim niezwykle wzbogacają wewnętrznie, ale umówmy się – taką porcję rozrywki i emocji, jakie serwują nowi „Avengersi” po prostu żal przegapić! Tym bardziej że na swoim poletku „Infinity War” to właśnie taki – bez przesadzania – skierowany do masowej publiczności „Stalker” czy inny „Koń turyński”. No, może szop turyński.

Zresztą posłuchajcie tylko emocji widowni w trakcie seansu i konkretnych scen:

Premiera „Avengers 4” odbędzie się 3 maja 2019 roku, zaś do Polski film trafi dokładnie tydzień później. Jeśli kontynuacja ma utrzymać ten poziom, naprawdę jest na co czekać.

Tekst: WM

Print
Print Text
Zobacz więcej
Wybierz region
Facebook